NaszaWycieczka.com | fotorelacja z podróży

"2009: Malezja – Singapur – Wietnam – Tajlandia"

Nasza wycieczka powoli dobiega końca. W tej chwili jesteśmy na lotnisku w KL, zaczyna się właśnie boarding pasażerów na pokład samolotu, więc musimy się pośpieszyć! Przed nami dłuuuuuuga podróż… Widzimy się już w piątek, wtedy również wrzucimy więcej fotek i uzupełnimy opisy poszczególnych punktów:)
Na pytanie jak było – odpowiemy: www.wycieczka.tk :)))
Dziękujemy wszystkim za „współuczestnictwo” w naszej wycieczce!
Pozdrawiamy
Paula, Sylwia, Łukasz, Grzegorz
Przed kilkunastoma dniami gdy opuszczaliśmy Kuala Lumpur, założyliśmy że nieprędko trafimy na tak wysoki standard, jaki zastaliśmy w 4**** Maytower Hotel. Nie zastanawiając się dłużej zabukowaliśmy ostatnią noc w Malezji również w tym samym miejscu – aby uniknąć niespodzianek i rozczarowań. Zapewniono nas, że dostaniemy te same pokoje. Na miejscu okazało się jednak zupełnie inaczej. Nie dość, że rozrzucono nas na piętra 22 i 29, to przydzielono nam pokoje conajmniej o połowę mniejsze niż poprzednio! Problemy z TV, powykręcane żarówki, dziwny zapach w pokoju – to tylko kilka z przykrych niespodzianek, które zastaliśmy na miejscu.. Zasadniczo jest OK, ale byliśmy nastawieni na zupełnie inne zakończenie. Małym „rozluźnieniem” napiętej sytuacji była dla nas wieczorna kolacja i kolejna porcja zakupów w znanej nam już dzielnicy Chinatown. Ciśnienie znowuż sukcesywnie podnosiły nam próby dogadania się z taksówkarzami, którzy uparcie nie chcą kursować na taksometr, a ich propozycje cenowe za kurs są absurdalnie wysokie (w porównaniu np. do Bangkoku)
Śledząc prognozę pogody na BBC Weather, dotarło do nas, że przez ostatnie dni pobytu w Bangkoku mieliśmy temperatury wyższe niż nawet w centalnej Afryce! Zdecydowanie chłodniejsze i deszczowe Kuala Lumpur już powoli wprowadza nas swoją aurą w polskie klimaty pogodowe. Do powrotu już tylko kilka dni…
Najlepsze zostawiliśmy sobie na koniec – wydawanie pieniędzy. Krótko relacjonując nasze dzisiejsze poczynania: ISTNY SZAŁ ZAKUPOWY! Już niedługo zobaczycie, co udało nam się wycyganić u ulicznych handlarzy, teraz pochwalimy się tylko jednym zakupem, z którego jesteśmy najbardziej zadowoleni (foto jeszcze z przymierzania):
Szyte na miarę kaszmirowe garnitury, leżą na nas idealnie! Panowie z obsługi zapisali wszystkie nasze rozmiary i namiary – w razie konieczności wystarczy jeden telefon do Bangkoku i po kilku dniach nowiutkie garnitury zostaną dostarczone wprost do domu!
Powoli dociera do nas świadomość, że nasza wycieczka dobiega końca… Rozpoczynamy wielkie pakowanie, jutro z samego rana (przed 7.00) jedziemy z naszym ulubionym taksówkarzem na lotnisko i lecimy znowu do Kuala Lumpur.
Poniedziałek, to dzień który będziemy długo wspominać! Wynajętą taksówką wyjechaliśmy w kierunku miejscowości Pattaya dość wcześnie, bo o 8.30 rano. Po 1,5 godzinej podróży hi-way’em, nasz zaprzyjaźniony kierowca Juk dowiózł nas szczęśliwie do celu. Wybraliśmy plażę, miły taj z obsługi przygotował nam leżaki i parasole, a po krótkiej chwili byliśmy już w wodzie.
Słońce nas lubi, zawsze gdy znajdujemy dzień na wypoczynek, towarzyszy nam przy tym piękna pogoda, a warto dodać, że to dopiero trzeci dzień plażowania! Mimo to, mamy już dosyć wylegiwania przy 35*C upale.. Po chwili dotarło do nas, że plaża w miejscowości Pattaya to turystyczny bazar przechodnich sprzedawców. Średnio co 2 minuty oferowano nam: lody, owoce, krewetki, wisiorki, obrazki, figurki buddy, „oryginalne” zegarki, okulary, zioła lecznicze, nawet komplet pościeli satynowej, a także usługi – tatuaże, masaże itp.
Ciężko było się opędzić od zaczepek nagabywaczy, a już najmniejszą asertywność w stosunku do nich wykazywał Grzegorz, który kupował prawie wszystko, oczywiście po krótkich (ale owocnych) negocjacjach. Sylwia skorzystała na plaży z wymażonego tajskiego masażu stóp, trwającego całą godzinę. Drogi powrotnej nie pamiętamy, bo zmęczeni kikugodzinnym „wypoczynkiem” przespaliśmy całą trasę.

Jednogłośnie dementujemy nieprzychylne opinie dotyczące tej miejscowości. Plaże są czyste, utrzymane w organizacyjnym porządku. Niestety jednak brak darmowych pryszniców słodkowodnych obniża zdecydowanie standard i wygodę plażowania.
Wieczorne zakupy na Khao San Road możemy zaliczyć do najlepszych w trakcie całego pobytu w Tajlandii. Poszło nam wolną ręką licząc kilkanaście tysięcy bahtów. Łukasz i Grzegorz zamówili dwa wysokogatunkowe, szyte na miarę kaszmirowe garnitury, oraz perfekcyjnie wykonane podróby legitymacji IPA Photo Journalist. W ofercie podrabiaczy można było znaleźć również: Polski dowód osobisty (70% podobieństwa do oryginału), prawo jazdy (wszystkie kraje), legitymację FBI (droga!), a także dyplomy ukończenia renomowanych uczelni. Zakupy dziewczyn to zupełnie inna bajka.. Sylwia i Paula: całe reklamówki ciuchów i innych pamiątek, ale co dokładnie – nie zdradzimy:)
Niedziela to kolejny dzień, w którym ustalony uprzednio plan udało nam się w pełni zrealizować. Podział był sprawiedliwy – każdy ustalił jeden punkt programu, w ten sposób:
1. Wstaliśmy po krótkim śnie o 9 rano i zjedliśmy hotelowe śniadanie (Grzegorz)
2. Przed południem byliśmy już w świątyni Wat Phra Kaew – Grand Palace, eksplorując bogactwa kulturowe Bangkoku (Sylwia).

3. Od ok.14.00 zwiedzaliśmy bangkockie ZOO, uczestniczyliśmy w pokazie Elephant Show (Łukasz).

4. Wieczorem udaliśmy się na zakupy w „ulicznym markecie” zlokalizowanym wzdłuż ulicy Khao San. (Paula).
Odnośnie poniedziałku i wtorku rozważaliśmy wiele możliwości. Miasto Chiang Mai na północy kraju, wyspa Phuket, Ko Samet, albo Ko Samui – to tylko kilka z wymienionych propozycji. Ostatecznie zdecydowaliśmy o jednodniowym wyjeździe do oddalonej o 120 km miejscowości Pattaya – dzień spędzimy na plażowaniu w jedym z najpopularniejszych kurortów turystycznych w okolicy! Zamówiliśmy już zaprzyjaźnionego taksówkarza (mr. Juk [czyt: Ćhuk]), startujemy o 8.00 AM czasu lokalnego. 4-osobowa wycieczka taksówką będzie o dziwo tańsza niż przejazd na tej samej trasie kursującym regularnie busikiem!
PS1. Komentarze pod postami są dla nas wiadomością, że ktoś to jeszcze czyta :)
PS2. Tajowie mają cenzurę w TV!!!!
W piątek, mimo pechowo kojarzonej daty, udało nam się spędzić cały dzionek bez choćby najmniejszych niespodzianek. Plan zwiedzania zrealizowaliśmy w 110%. Podstawowym środkiem komunikacji była dla nas (i zapewne będzie w dniach najbliższych) taxi. Tu jednak trzeba uważać, bo kierowcy niechętnie kursują na taxometr, a przy próbie ustalenia ceny zawsze proponują kwotę od 2- do 5-razy większą od tej, którą uzyskalibysmy jadąc na licznik. Z drugiej strony cena 200 thb (ok.18zł) nie jest dla nas zbyt wygórowana jak za przejazd całego miasta na drugi jego koniec:) Szybkim, ale stosunkowo drogim rozwiązaniem komunikacyjnym jest nadziemna kolejka BTS Skytrain, jednak w tym przypadku 4 osoby zapłacą więcej niż za kurs taksówką. Wzdłuż rzeki przebiegającej przez miasto kursują wodne tramwaje – to zdecydowanie najszybszy sposób przemieszczania, jednak o dość ograniczonych możliwościach – jak już wcześniej napisaliśmy: „wzdłuż rzeki”… Zdecydowanie najzabawniejszym sposobem poruszania się po mieście jest przejażdżka tuk-tukiem. Kierowcy tych trójkołowych dwuosobowych mini-motoro-taksówek, dostarczali nam ekstremalnych wrażeń na każdym kolejnym metrze trasy, a już zwłaszcza na zakrętach! Do tego cena – OBRZYDLIWIE TANIO – tuk-tuka wraz z kierowcą można wynająć na cały dzień za 40 bahtów (to prawie CZTERY złote)!!!!!! Warunkiem skorzystania z tak okazyjnej ceny jest pewien układ pomiędzy pasażerami – kierowcą tuk-tuka – a jego.. sponsorami. Cena będzie 40thb, ale pod warunkiem, że po drodze odwiedzimy zaprzyjaźnione sklepy. Nie musimy robić zakupów, „just look” (tylko pooglądać). Chętnie korzystamy z okazji, podziwiając drogą biżuterię która już na dzień dobry została zdyskontowana o -50%, oraz udając zainteresowanie w sklepie z niezbyt atracyjnymi i szalenie drogimi (jak na Bangkok) garniturami.

Najciekawsze miejsce, które mieliśmy okazję odwiedzić, to budyjska świątynia Wat Pho, a w niej robiący ogromne wrażenie posąg leżącego Buddy, długi na 46 i wysoki na 16 metrów.

Krótki przelot, szybki transfer, bezproblemowy visa-check i odbiór bagażu – to pierwsza część naszego rozpoczętego dość wcześnie, bo o 5.30 dnia. Transfer z lotniska do hotelu przebiegł również bezproblemowo – wykorzystaliśmy w tym celu autobus linii A1 za 150 bahtów, i taxi za stóweczkę (czyt: 9zł), która dowiozła nas pod drzwi hotelu. W tym miejscu nasza wycieczka znów połączyła się w pełnym, 4-osobowym składzie. Zakwaterowanie – brak słów…. To absolutnie nieprawdopodobne, że w hotelu 3*** zastaliśmy warunki, które w europejskich hotelach nie są spotykane nawet w hotelach 5*****. Absolutny komfort, pełen exclusiv w postaci całego apartamentu na 6 piętrze.
Wieczór spędziliśmy w „Night Market Bazzar” świetnie się bawiąc przy wydawaniu pieiędzy. „Hałłłł maacz foor diiiss?” (oczywiście z kazchstańskim akcentem vel. Borat)- to w dniu dzisiejszym najcześciej padające pytanie.
A poniżej zagadka, zgadnijcie co to za napoje:
Z samego rana wyruszyliśmy na objazdową wycieczkę po sąsiedniej miejscowości. Po godzinie 10.00 byliśmy już na statku, który zabrał nas w rejs po zatoce Ha Long. Byliśmy przekonani, że popłyniemy z masą turystów na pokładzie – ale nie! Hiep wynajął cały statek wyłącznie dla naszej czwórki! Oprócz nas popłynęli jeszcze kapitan, kucharz i 2 osoby z obsługi. Mieliśmy okazję na własne oczy przekonać się, że zatoka Ha Long faktycznie zasługuje na miano jednego z 7 najpiękniejszych miejsc na świecie! W trakcie 5-godzinnego rejsu podziwialiśmy fantastyczne widoki, niespotykane w naszych stronach krajobrazy, oraz odwiedziliśmy 3 jaskinie mieszczące się na odwiedzanych wyspach. Zresztą zobaczcie sami:
Obiad na statku przygotowano z tego, co wcześniej zakupiliśmy w wodnym markecie:
Bangkok przywital nas nieprzyzwoicie wysoka temperatura (+33C) ale mniejsza wilgotnoscia powietrza. Po godzinnej przejazdzce by taxi dotarlismy do naszego hotelu Premier Residence, ktorego nazwa jest w pelni adekwatna do standardu jaki prezentuje. Grzesiek nie chce tego napisac, ale naprawde oplywamy w luksusach!!! Jutro zdjecia :-)
Teraz mykamy na maly rekonesans dzielnicy.
Dzisiejsza poranna pobudka okazała się zbyt wczesna – żyjąc na maksymalnych obrotach, w ciągłym biegu, zapomnieliśmy o przestawieniu zegarków o godzinę.. Po szybkim śniadaniu w przyulicznej jadłodajni wyruszyliśmy w drogę do Halong Bay. Wcześniej jednak zawitaliśmy u cioci Mai, do której przyjechała jej córka Van, aktualnie mieszkająca z rodziną na południu kraju, w mieście Ho Chi Minh (Sajgon). Kierując się na południowy wschód, po ponad 2 godzinach jazdy dotarliśmy do domu wujka Dung (czyt. Zun), tam odpoczęliśmy, zjedliśmy pyszny obiad i udaliśmy się na dłuuugi odpoczynek. Tutaj również poprzez zapalenie kadzideł na przygotowanym w tym celu specjalnym ołtarzu, uczciliśmy pamięć dziadka.

Wieczorem dotarliśmy szczęśliwie do Halong City, w którym znaleźliśmy zakwaterowanie w 4**** hotelu (Heritage Ha Long Hotel). Hiep i Ngan zaprosili nas na kolację do ekskluzywnej restauracji, w której potrawy zamawiane były w dość niezwykły dla nas sposób. Na parterze niczym w sklepie zoologicznym znajdowała się cała masa akwariów, a w nich ryby, żółwie, ośmiornice, kraby, raki i inne cuda. Na piętrze natomiast mieściła się restauracja o bardzo wysokim poziomie, będąca w totalnej opozycji do tej, znanej nam z poprzedniej kolacji dnia ubiegłego. Tutaj również podawano wcześniej wskazane i odpowiednio przygotowane owoce morza. Już drugi raz mieliśmy okazję wypróbować małże, tym razem jednak podane w nieco innym, bardziej wykwintnym stylu, a po raz pierwszy zmagaliśmy się z twardym pancerzem raka, do którego kruszenia każdy otrzymał urządzenie znane nam doskonale pod nazwą „dziadek do orzechów” :)
Wietnam to państwo kontrastów – z jednej strony bogate dzielnice, potężne firmy, pełno tu 5***** hoteli, z drugiej krajobrazy znane nam dotychczas tylko z filmów – piękne, rozległe krajobrazy, czy np. hipkowie w słomianych kapeluszach pracujący na polach ryżowych.
Późnym wieczorem udaliśmy się do „Night Market” w którym zamierzaliśmy zakupić ubrania na najbliższe dni. Szokująco niskie ceny i nadzwyczaj przyjazdny, nienatarczywy sposób negocjacji finalizowanej zawsze w 4 ruchach, złożyły się w efekcie na zakup kompletnie niepotrzebnych rzeczy..
Jutrzejszy dzień zgodnie z planem rozpocznie się pobudką ok godziny 6.30. Halong Bay trzyma w napięciu…
Dzis doczekalismy sie wymazonego nicnierobienia na wyspie Sentosa. Pogoda poczatkowo nie zapowiadala sie plzowo, lecz po dotarciu na miejsce milo nas zaskoczyla. Wyszukalismy sobie najlepsza miejscoweczke pod palmami, przebralismy sie w stroje kapielowe i juz po chwili bylismy w wodzie. A potem boskie lenistwo czyli gazetka, ksiazeczka, olejki i kremy, drzemka popoludniowa- czyli prawdziwy pierwszy dlugi, bo az calodniowy bierny urlop. Poznym wieczorem przypomnielismy sobie, ze oprocz pysznych i soczystych owocow papai nie jedlismy nic. Tak wiec nasze opalone i wypoczete nogi zaprowadzily nas w progi chinskiej kuchni.
Dzisiaj spedzamy ostatni wieczor w Singapurze- w planach jest „zielona noc” ale skonczy sie chyba na smarowaniu spieczonych plecow.
Po 6 wspanialych dniach w tym miescie czeka nas kolejna piekna wyprawa- jutro o 15.00 czasu lokalnego startujemy do stolicy Krolestwa Tajlandii.
Nasz 2,5 godzinny lot do Hanoi, wydłużył się w locie o dodatkową godzinę – koleja zmiana strefy czasowej. Po wylądowaniu byliśmy przygotowani na standardową procedurę, czyli sprawdzenie wizy i paszportów, oddanie formularza deklaracji celnej, odbiór bagażu i kontrolę bezpieczeństwa. Coś jednak poszło nie tak – nie spodobaliśmy się celnikom i nas zawrócili! Nie mieliśmy wbitej pieczątki na formularzu deklaracji celnej, a przy próbie jej uzyskania nikt nie potrafi nam pomóc i wytłumaczyć co jest źle. Tylko jeden celnik, z którym mieliśmy nieprzyjemność rozmawiać, znał angielski. Na krótkim przesłuchaniu pytano nas dlaczego tu przyjechaliśmy, co zamierzamy robić, ile mamy przy sobie pieniędzy w dongach lub innych walutach, oraz …zażądano okazania biletu na wylot z Wietnamu – szczęśliwie mieliśmy go przy sobie w wersji ‚papierowej’. W terminalu ‚arrivals’ przywitli nas wujek Paulinki – Hiep wraz z żoną, oraz kuzyn Hung. W drodze do Hanoi naszą uwagę zwrócił nieprawdopodobnie gęsty (ale stosunkowo szybki) ruch uliczny. W centrum miasta istny szał komunikacyjny! Ulice wyglądają tak, jakgdyby prawa drogowe wogóle nie istniały, a jedyną przestrzeganą regułą miałaby być jazda prawą stroną jezdni.

Zakwaterowaliśmy się w domu u wujostwa i już po kilku minutach odpoczynku zostaliśmy zaproszeni do wspólnej kolacji. W tym momencie rozpoczęła się prawdziwa podróż kulinarna po smakach dalekiego wschodu! Po posiłku Hiep oznajmił paniom, że teraz czas na męski wieczór – wówczas na placu boju została tylko trójka facetów (w tym ja) i z doskoku jeszcze jeden kuzyn – Huan. Jaś Wędrowiec pomógł nam się lepiej poznać i zdecydowanie poprawił w wymowie jakość języka angielskiego. Pierwszy dzień pobytu (a właściwie tylko wieczór) zakończył się nocną przejażdżką po mieście. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o tym, że jazda ‚na drugim gazie’ nie jest tu zakazana. Jeśli tylko czujesz się na siłach = możesz prowadzić samochód. Oczywiście nasz kierowca wiernie przestrzegał tej reguły:)
Kolejny dzień w Wietnamie zapowiadał się spokojnie, jednak później przybrał dużo szybszego tempa. Mieliśmy okazję zobaczyć dziś zabytkową część miasta, m.in. liczącą setki lat świątynię, oraz 1000-letni uniwersytet chiński. Po południu zwiedziliśmy Hanoi poruszając się po zatłoczonych ulicach rowerotaksówką, tzw. cyclo. To co widzieliśmy trudno opisać słowami, nawet zdjęcia w pełni nie oddadzą niepowtarzalnej atmosfery tego miejsca!

Wieczorem udaliśmy się w odwiedziny do babci Paulinki, jednak nie spodziewaliśmy się że na tę okazję zostanie urządzone wielkie spotkanie, na którym pojawi się prawie cała rodzina z Hanoi. Byliśmy zachwyceni zaradnością i poczuciem humoru 90-letniej babci, która jak na swój wiek ma się rewelacyjnie!

Bardzo trakcyjny dzień zakończył się wycieczką pod tytułem „Hanoi by Night” – Huan zabrał nas w kilka ciekawych i ważnych kulturowo oraz historycznie miejsc, następnie urządziliśmy sobie krótki clubbing, posłuchaliśmy dobrej muzyki na żywo, a na końcu zapełniliśmy brzuchy w jadłodajni zlokalizownej w dzielnicy chińskiej. Z ciekawostek kulinarnych, mieliśmy okazję wypróbować:
- świński mózg
- jelita różnych partii (mnie najbardziej smakowało cienkie, które po gotowaniu się kurczyło i obwodem ciasno obejmowało pałeczkę)
- krewetki i małże (super świeże, bo żywcem wrzucane do garnka!)
- dziwne grzybki wyglądające jak serowy makaron
- śmieszne mięso, które gotowało się tylko 10 sekund
Wszystko to gotowane na bieżąco – dostaliśmy świeże składniki i sami wrzucaliśmy je do gara.

Mógłbym długo pisać o potrawach, ale najwyższy czas kończyć – mamy tutaj godzinę 6 rano, za 2h wstajemy… Jutro fotorelacja z jednego z 7 najpiękniejszych miejsc na świecie – Halong Bay!
Dzien dobry Polsko.
Dzisiaj nastapily male zmiany w naszych planach spowodowane pogoda(pochmurne niebo przy temperaturze +30C). Zamiast lezec na pieknych plazach Santosy, patrzec w niebo i kapac sie w morzu Jawajskim dzisiejszy dzionek spedzilismy odkrywajac kolejne czarowne miejsca Singapuru. Pierwszy punkt programu to chinska Swiatynia Kuan Yin Tong Hood Cho, w ktorej pomyslane zyczenia spelniaja sie!!! No i pomyslelismy…zapalilismy kadzidelka a teraz czekamy na ich spelnienie. Spacerujac uliczkami dzielnicy Bugis natknelismy sie na duzy posag Szczesliwego Buddy stojacy przed sklepem z dewocjonaliami buddyjskimi, ktory oczywiscie odwiedzilismy.
Nastepnie kolejka miejska udalismy sie do Ang Mo Kio gdzie po przesiadce do autobusu wyruszylismy za miasto do Night Safari-pierwszego na swiecie ZOO w ktorym mozna podejzec zycie nocnych zwierzat na otwartych wybiegach. Niestety w przewodniku Pascala podano bledne godziny otwarcia, skutkiem czego mielismy 2 godziny luzu. Ten czas zagospodarowalismy ogladajac polozony nieopodal Narodowy Ogrod Orchidei, ktory o tej porze roku nie byl zbyt kwitnacy. W miedzy czasie przeszly trzy ulewy jedna mocniejsza od drugiej, ktore przeczekalismy w usytuowanej posrodku ogrodu altance.

O godzinie 19.00 czasu singapurskiego bylismy juz w ZOO. Meleksami wjechalismy na teren sztucznie stworzonej dzungli. Zwiedzanie odbywalo sie w ciemnosciach oswietlonych swiatlem imitujacym blask ksiezyca. Nasze oczekiwania przerosly nieco rzeczywistosc, ale doszlismy do wniosku, ze jest to swietny pomysl na biznes do zrealizowania w krakowskim ZOO. 
A teraz czas na relaks, idziemy na piwo Tiger :-)
Po krotkim pozegnaniu na stacji metra nasze drogi „rozjechaly” sie pociagami w rozne strony. Paulina z Lukaszem pojechali w strone lotniska a my pomknelismy w egzotyczny swiat przyrody. Na obrzezach miasta, zdala od zgielku i gwaru ulic znajduja sie piekne ogrody: chinski i japonski. Nasza przygode rozpoczelismy od Chin. Ogody te niczym nie przypominaly nam dobrze znanego parku na Zarabiu :-) lub przydomowego ogrodu. Spacer alejkami wsrod setek przeroznych gatunkow bonsai przeniosl nas w inny swiat a przepiekna architektora budynkow i altan sprawila ze poczulismy sie przez chwile jakbysmy naprawde znalezli sie w cesarkich palacowych ogrodach. Tak wiec udalo nam sie odkryc kolejna odslone wielokulturowego Singapuru. Przez piekny mostek przenieslismy sie do Japonii, ktora wzgledem chinskiego majstersztyku okazala sie bardzo surowa, prosta i o wiele mniej atrakcyjna. W dodatku zlapala nas tam ogromna ulewa, ktora przeczekalismy w jednej z altanek.

Pozne popoludnie postanowilismy spedzic ponownie w dzielnicy Chinatown, ktora okazala sie calkiem inna niz wczoraj. Nikt nie zmuszal nas do zakupow, targowania sie ani przymierzania, dzieki temu w spokoju udalo nam sie nabyc kilka mega-fajnych ciuchow . Lukasz mamy dla Ciebie prezent:-) 
Niestety na Nocne safari Singapore ani na chinska swiatynie spelnianych zyczen (nazwy nie pamietam) nie zostalo juz czasu, ale jak to mawiamy w Polsce, co sie odwlecze to nie uciecze.

P.S. Przepraszamy za brak polskich znakow ale z chinskiej klawiatury tyle udalo nam sie wycisnac po polsku:-)
Dziś nasza wycieczka podzieliła się na dwie ekipy – Sylwia i Grześ zostają w Singapurze, mając w perspektywie jeszcze całą masę atrakcji i ciekawych miejsc, których nie udało się nam zobaczyć wspólnie przez ostatnie kika dni, a my (Łukasz i Paula) już jesteśmy na lotnisku i czekamy na samolot do Wietnamu, który zgodnie z rozkładem odlatuje za niecałą godzinkę (17.35 czasu lokalnego). W kompletnym składzie potkamy się dopiero w czwartek, w Bangkoku.
Już wkrótce fotorelacja z dalszej trasy!
Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy przeprowadzką z Fragrance, do mieszczącego się na tej samej ulicy „Hotelu 81″. Lokum lepsze i tańsze. Największą niespodzianką okazało się wspólne przejście łączące nasze sąsiednie pokoje – mieszkamy prawie jak w apartamencie.
Thanh przedstawil nam w dniu dzisiejszym nieco inną stronę Singapuru – gwarną, tłoczną i kolorową dzielnicę Chinatown, zupełnie odmienną od tej znanej nam z Kuala Lumpur. Podział prosty: panie na prawo – do sklepów z ciuchami i z pierdółkami, panowie na lewo: akcesoria elektroniczne, artykuły foto-video. Przy okazji zostaliśmy wciągnięci do sklepu z materiałami, w których musieliśmy przeglądnąć bale kaszmiru, jedwabiu, wełny i innych wysokogatunkowych tkanin. Okazuje się, że za cenę 100 singapurskich dolarów można w dwa dni uszyć garnitur na miarę, kolor Armanii, fason Versace – ale tę przyjemność planujemy zrealizować w Bangkoku. Planowany przed wyjazdem zakup Nikona d700, okazuje się na dzień dzisiejszy raczej niewykonalny, ze względu na stosunkowo niewielką różnicę cen w odniesieniu do polskich. Pomiędzy kolejnymi sklepami kwoty wahają się nawet do 600 dolarów singapurskich.

Po przejechaniu kilku przystanków autobusem, dotarliśmy do dzielnicy wielkomiejskiego bogactwa i przepychu: Orchard Road. Mercedesy klasy S, Bentley’e, Ferrari – pełno ich tu niczym u nas Golfów i starych Beemek. Bardzo nie spodobała nam się panująca na ulicach i we wszystkich centrach handlowych świąteczna atmosfera – wielometrowe choinki, renifery i mikołaje, mrugające lampki i dobiegające z głośników dźwięki kolęd – przecież to dopiero początek listopada!

Słoneczny początek dnia zchęca nas do odwiedzenia leżącej na południu wyspy Sentosa, na której oprócz kilku plaż, mieści się wiele atrakcji turystycznych. Pogoda idealna na plażowanie – spakowaliśmy więc ręczniki, stroje kąpielowe i wyruszyliśmy w kierunku wyspy. Na miejscu… raj na ziemi, a już na pewno w listopadzie! Cieputka woda, pusta plaża, słoneczny, piękny dzień – to wszystko stworzyło niepowtarzną atmosferę miejsca, w którym się znaleźliśmy. Wygrzewając się w cieniu palm przy temperaturze nieprzekraczającej dolnej granicy 30*C, odczuliśmy gorący równikowy klimat na własnej skórze – nasza plaża znajdowała się bowiem w odległości ok. 130 km od równika, a miejsce w którym plażowaliśmy – było najdalej wysuniętym na południe punktem kontynentu azjatyckiego.

Kontynuując zwiedzanie Sentosy, złębiliśmy tanjniki kulinariów wyspy (restauracja Kofu), odwiedziliśmy Underwater World – ogromne akwarium ryb i innych stworzeń oceanicznych, kończąc na pokazie w delfinarium.
Późnym popołudniem spotkała nas miła niespodzianka – odwiedził nas Thanh, bliski kuzyn Pauli aktualnie studiujący w Singapurze. Wspólnie udaliśmy się do rekomendowanej przez niego knajpki, w której mieliśmy niepowtarzalną okazję skosztować danie wyjątkowo traktowane przez Singapurczyków. Przyniesiono nam 3 kociołki, w pierwszym rozpoznaliśmy skropiony olejem sezamowym ryż, w dość płynnej konsystencji, w dwóch kolejnych super-ostry sos, warzywa i… nieznany nam rodzaj mięsa. Po objaśnieniu Thanh’a dowedzieliśmy się, że soczyste delikatne białe mięsko to fragmenty GOTOWANEJ W CAŁOŚCI ŻABY!!!  ….doooooobre :)
Po 45 minutowym locie, przejechaniu kilku przystanków metrem – dotarliśmy do hotelu. Standard nieco niższy niż w KL, ale jest OK. Nasz hotel ulokowany jest w dzielnicy rozpusty, gdzie pokoje można wynajmować w rozliczeniu godzinnym:) Pogoda płata figle – świeci słońce, za 15 minut spada nieprawdopodobna ilość deszczu, po pół godziny sytuacja się stabilizuje i bezdeszczowo (aczkolwiek duszno)  utrzymuje się do wieczora. Dzisiejszy dzień spędziliśmy na zapoznaniu indyjskiej części miasta – Litte India, poniżej kilka fotek:

Zbliża się godzina 9.00AM, w Polsce dochodzi właśnie 2.00 w nocy. O 10.00 kolejny lot przed nami, tym razem na krótkiej trasie Kuala Lumpur – Singapur (ok. 300km). W rozkładzie wylotów widnieje informacja, że obsługiwany przez linię Tiger Airways lot do Singapuru, planowany na godzinę 14.35 został odwołany – mamy tyko nadzieję, że podobne sytuacje nie zdarzają się temu przewoźnikowi często, gdyż już za kilka dni planujemy przelot Tigerem do Wietnamu!
Menara Kuala Lumpur – najwyższa wieża telekomunikacyjna w mieście i zarazem jedna z najwyższych betonowych konstrukcji na świecie – była pierwszym punktem w naszym dzisiejszym planie wycieczkowym. Z tarasu widokowego wieży wysokiej na 421 metrów podziwialiśmy panoramę całego miasta, a nasz 32-piętrowy hotel z tej perspektywy juz wcale nie wyglądał na duży.
Na chodnikach oprócz szczurów, całej masy karaluchów plątających się pod nogami, mieliśmy okazję spotkać zwierzki które zwykle widywaliśmy tylko w zoo:
Zdecydowanie największe wrażenie wywarła na nas chińska dzielnica – Chinatown, w której dobrze zjedliśmy, nacieszyliśmy oczy kolorowymi straganami. Przeszliśmy szybki kurs z zakresu targowania z Chińczykami, okulary wycenione na 280 ringrittów (1 RM = 0,85ZŁ) udało się kupić za 25rm. Zegarek wyglądający prawie jak oryginał w cenie 26rm, a podkoszulki po 4 złote :)

Idziemy jeszcze na basen i do spania – jutro o 10 rano czasu lokalnego wylot do Singapuru.

No i dopadł nas JET-LAG… W nocy aktywni, w dzień śpimy. Co do pogody – hmm… nie jest źle bo nie pada, ale w każdej chwili może – foto:

Malezja już przy wyjściu z samolotu przywitała nas podmuchem niezwykle wilgotnego, gorącego powietrza (ponad 30*C).
Szczęśliwie dotarliśmy do hotelu (KL Maytower), na miejscu jednak nie obyło się bez niespodzianek. Przy bukowaniu hotelu przegapiliśmy jeden dzionek (ten który nam umknął przez zmianę czasu?) i jak się okazało – wykupiliśmy za dużo nocy.. Standard hotelu (w stosunku do ceny) przekroczył nasze oczekiwania – duże, czyste, fajnie rozplanowane, dobrze wyposażone pokoje. Ulokowano nas na 28. piętrze, skąd rozpościera się wspaniały widok na okolicę – załączona fotka prezentuje jedynie fragment rozległej panoramy. Określiliśmy ostatecznie godzinę – różnica wynosi +7 godzin do czasu polskiego.

Po całodniowym oczekiwaniu przyszła wreszcie na swoją kolej. Lot do Kuala Lumpur był ostatnim poniedziałkowym wylotem ze Stansted. Po kilku dluzszych chwilach od przejścia odprawy, znaleźliśmy się na pokładzie potężnego Airbsa A340 linii AirAsia. Na stojące za oknem Ryanair’owskie Boeingi 737-800 patrzyliśmy z góry, samo wnętrze Arbuza też – na pierwszy rzut oka – robiło wrażenie …przez pierwsze 15 minut :)  Start odbył się w zaskakująco spokojnym stylu. Rozbieg maszyny i moment oderwania od pasa niczym nie przypominał agresywnych zachowań znanych nam z innych lotów na dużo mniejszych airbusach czy boeingach. Sam lot przebiegał również bardzo spokojnie, tylko raz wpadliśmy w delikatne turbulencje, które większości pasażerów nawet nie wybudziły ze snu.
Właściwie ciężko oddzielić wczoraj – i dzisiaj.. Pierwszy dzień  wycieczki spędziliśmy oczekując przez 12 godzin na samolot, kolejne 12 godzin w powietrzu – lotem do Malezji. Dodatkowo w ciągu ostatniej doby dwukrotnie przechodziliśmy zmiany strefy czasowej, więc aktuanie nie mamy kompletnie pojęcia jaka jest właściwie godzina! (loo)

Wylot już za kilka godzin, a my zaczynamy się dopiero zastanawiać co by tu spakować… Startujemy lotem do Londynu – wylot z Krakowa o 10 rano. Będziemy w kontakcie :)

NR DATA(listopad) TRASA GODZINA NOC
1. 2 KRK – STN 10.00 – 11.30 -
2. 2 STN – KUL 23.05 – 20.30 3
3. 5 KUL – SIN 10.00 – 10.55 6
4. 8 SIN – HAN 17.35 – 20.00 4
5. 11 SIN – BKK 15.00 – 16.55 7
6. 12 HAN – BKK 09.10 – 11.10 6
7. 18 BKK – KUL 09.25 – 12.30 1
8. 19 KUL – STN 15.35 – 22.00 1
9. 20 STN – KRK 06.10 – 09.35 -

Sumując powyższe wartości łatwo obliczyć, że planowany do pokonania dystans wyniesie łącznie ponad 28.500km!

Bry!
Witamy wszystkich bardzo serdecznie na naszym pierwszym wycieczkowym fotoblogu!
Zgodnie ze wstępnymi założeniami ta stronka kierowana jest głównie do naszych wspaniałych znajomych, którzy zobligowali się śledzić nasze podróżnicze poczynania na dalekim, wschodnioazjatyckim landzie. Mamy jednocześnie nadzieję, że masa zdjęć oraz informacje, które będziemy się starali zamieszczać w czasie trwania naszego trip’u, zachęcą Was w przyszłości do odwiedzenia tych niezwykłych miejsc, oraz będą źródłem wielu cennych wskazówek na drodze do planowania własnej podróży.

Autorski design opracowany na bazie Devolux devolux.org