NaszaWycieczka.com | fotorelacja z podróży

"2010: Maroko"

Około 6.000 km samolotem, ponad 1.700 km samochodem i prawie 34 godziny za kółkiem. 7 dni wystarczyło, aby zrealizować plan podróży w 120% i zwiedzić Maroko od Sahary przy granicy z Algierią, poprzez najwyższe pasmo górskie w Afryce – góry Atlas, aż po Ocean Atlantycki.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Właściwie już na etapie planowania wycieczki wiadomo było, że będzie to dość ciężka, męcząca przeprawa. Nie wszystko da się jednak zaplanować, zawsze bowiem istnieje ryzyko, że może zdarzyć się coś nieoczekiwanego, co drastycznie wpłynie na przebieg wyprawy. Zawsze dobrze jest mieć przygotowany plan awaryjny, ale najlepiej nigdy po niego nie sięgać.

Niespodziewana zmiana składu ekipy na kilka godzin przed wylotem była początkiem serii niefortunnych zdarzeń… Pominę drobne problemy techniczne przy dokonywaniu odprawy on-line, oraz interwencję w sprawie wynajmu samochodu w Marrakeszu – to tematy, które udało się w miarę spokojnie rozwiązać. Niestety, najgorsze dopiero miało nadejść. Samolot relacji Kraków – Reus miał ponad 20-minutowe opóźnienie. Niby nic, ale na miejscu okazało się, że autobus którym mieliśmy wydostać się z lotniska już dawno odjechał, mimo iż jego rozkład miał  być zsynchronizowany z przylotami. Do celu dotarliśmy więc by taxi, płacąc 120 zł za 12 km. Po dotarciu do Tarragony skierowaliśmy swe kroki w stronę plaży, gdzie zgodnie z wcześniejszymi założeniami mieliśmy spędzić resztę krótkiej nocy. Zasypiamy. Niespełna dwie godziny później budzi nas deszcz, wtedy również Michał zauważa, że skradziono mu plecak! Całe wyposażenie na najbliższy tydzień i niestety – aparat. Szczęście w nieszczęściu, że pieniądze i dokumenty każdy z nas schował w śpiworze! O mały włos, a nasza wycieczka mogłaby zakończyć się pierwszego dnia!

Dostajemy z Polski smsy, w których czytamy o panujących tam upałach przekraczających grubo ponad 30*C. U nas nie dość że pada, to w dodatku temperatura oscyluje w okolicach 17-20*C. Długo wyczekujemy na samolot, wykorzystując każdą wolną chwilę na odespanie ciężkiej nocy. Cieszymy się, że opuszczamy już Hiszpanię, jednak na naszych twarzach wcale nie widać radości. Samolot startuje około 16.00. 2,5-godzinny lot do Marrakeszu był znakomitą okazją na „odrobienie” nocki. Praktycznie na całym dystansie pomiędzy Reus a Marrakeszem widać było pod nami grubą warstwę chmur, co zdecydowanie nie napawało optymizmem. Na miejscu – pogoda bez rewelacji, jest chłodno, koniecznie trzeba założyć bluzy z długim rękawem. Do centrum miasta dojeżdżamy autobusem za 20 dirhamów (8 zł). Przy głównej atrakcji turystycznej miasta – przy placu Djemaa el Fna, znajdujemy hotelik z 3-osobowym pokojem i gorącym prysznicem. Cena bardzo przystępna – 150 MAD/os, czyli 60 zł.

Kolejny dzień zarezerwowaliśmy na spacer po medynie Marakeszu – dzielnicy starego miasta. Dużo czasu spędziliśmy na placu targowym i w tzw. „sukach” – czyli w plątaninie bazarowych uliczek. Tutaj bardzo łatwo się zgubić, nawet lokalizator GPS ze zdjęciami satelitarnymi w wysokiej rozdzielczości na niewiele się zdał. Mimo pozornego chaosu panuje  dobra organizacja, całość podzielona jest na sektory i tak dla przykładu jest „suk” dywanowy, jubilerski, skórzany, rybny, kowali, farbiarzy, itd. Tego dnia przemaszerowaliśmy łącznie około 15 km, zwiedzając najważniejsze punkty na mapie turystycznej miasta. Dopiero dziś doceniliśmy panującą tu pogodę, zdecydowanie w 35-stopniowym upale nie mielibyśmy możliwości tak spokojnego swobodnego zwiedzania! Noc spędziliśmy w hotelu, tym razem o nieco niższym standardzie – wysypiamy się za 1/3 wczorajszej ceny (50 MAD/os).

Z samego rana wracamy na lotnisko w celu odebrania samochodu zarezerwowanego w Budget Car Rental. Rezerwacji dokonaliśmy kilka dni wcześniej poprzez firmę AutoEurope. Zamawiając samochód przez pośrednika uzyskaliśmy cenę lepszą niż w Budget, w dodatku otrzymaliśmy opcję ze zwrotem udziału własnego, w razie ewentualnego „W”.  Na wszelki wypadek fotografujemy dokładnie samochód ze wszystkich stron, skupiając się na zastanych uszkodzeniach – tak, aby później nie było problemu. Mimo wszystko mieliśmy spore obawy, czy wynajem samochodu to zadanie któremu będziemy w stanie podołać. Patrząc przez pryzmat poprzednich wyjazdów, ruch uliczny jest tutaj o 20% mniejszy niż w Delhi i o 40% luźniejszy niż w Hanoi, jakkolwiek prowadzenie samochodu w tym rejonie jest ogromnym wyzwaniem i atrakcją jedynie dla ludzi o silnych nerwach! :)  Po kilkunastu minutach walki z mapą i GPS’em, opuszczamy miasto, kierując się na PD-WSCH, obierając za cel miasto Warzazat, zlokalizowane około 120km od Marrakeszu. Na mapie drogowej widzimy czerwony wężyk łączący sąsiednie miejscowości, jeszcze wtedy nie zdajemy sobie sprawy z powagi sytuacji! Dopiero w trakcie okazuje się, że owy „wężyk” to ekstremalnie wyzawijana trasa prowadząca przez najwyższe pasmo górskie Afryki: Góry Atlas. Wskazania lokalizatora GPS informują, że pokonujemy wysokości dorównujące najwyższym szczytom Tatr. Statystyki wyświetlane przez komputer pokładowy naszej maszyny nie prezentują się najlepiej – średnie spalanie podskakuje do 12l/100km, a prędkość ogólna na trasie spada do 40km/h. Przejazd przez góry Atlas nie należy do najłatwiejszych. Trud przejazdu zostaje w pełni zrekompensowany przez piękne panoramy – co kilka minut zatrzymujemy się na zdjęcia.

Po godzinach męczącej górskiej przeprawy, na kilka kilometrów przed Warzazat, odbijamy w kierunku miejscowości Ajt Bin Haddu, gdzie mamy niepowtarzalną okazję zobaczyć ufortyfikowaną osadę wpisaną na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Naprawdę warto zatrzymać się tutaj choćby na kilka chwil i pospacerować po zakamarkach tego niezwykłego miejsca, wyglądającego na pierwszy rzut oka niczym ogromny zamek z piasku. Lokalizacja przenosi nas w czasie gdzieś w bliżej nieokreśloną przeszłość. Określenie „jak z filmu” jest jak najbardziej adekwatne – faktycznie ksar Ajt Bin Haddu posłużył jako tło do wielu produkcji, między innymi: Klejnot Nilu, Gladiator, oraz Aleksander.

Z filmowym nastawieniem jedziemy dalej w kierunku Warzazat. Po około 30 kilometrach, na obrzeżach miasta, zlokalizowana jest siedziba Atlas Film Studios – czyli afrykański odpowiednik Hollywoodzkiego Warner’a ;) W myśl powiedzenia „Polak potrafi”, oszukaliśmy obsługę na bramkach i niepostrzeżenie weszliśmy na teren studia bez biletów. Można tego dokonać na dwa sposoby. My zostaliśmy skierowani do recepcji hotelowej w celu uiszczenia opłaty i odbioru wejściówki. Cena to zaledwie 50 MAD, jednak zaczynamy myśleć innymi kategoriami, jakby nie było 50 dirhamów to równowartość jednego noclegu w hotelu, pieniądze topnieją a w naszych najbliższych planach Sahara (tam bankomatów raczej nie ma). Wychodzimy z recepcji i idziemy na pewniaka – bramkarze najwyraźniej byli mocno przkonani że bilety już posiadamy! Aby dostać się do środka bez wejściówki, można również obejść mury studia, jego północna część jest zupełnie otwarta, co doskonale widać na zdjęciach satelitarnych. Teren studia (jednego z bodaj ośmiu w okolicy Warzazat) to jedna wielka, w dodatku doskonale wykonana scenografia filmowa. Co kilka kroków przenosimy się pomiędzy różnymi epokami, i tak w jednej chwili znajdujemy się w starożytnym Rzymie, później w klimacie orientu, by po kilku minutach zawitać do baśniowej krainy Alladyna i otwierającego się Sezamu. Przy wyjściu zaczepił nas ochroniarz i z łamanym arabsko-francuskim zapytał na prawdopodobonie o bilety. Tym razem postąpiliśmy zgodnie z regułą określaną hasłem „rżnąć głupa” i z lekkim pośpiechem ewakuowaliśmy się opuszczając teren wytwórni.

Dość długi dzień powoli dobiega końca. Chwilę jedziemy wzdłuż jeziora znajdującego się nieopodal Warzazat, szukamy spokojnego miejsca na nocleg pod chmurką. Bylibyśmy skłonni tu zostać, lecz w okolicy (a jesteśmy 2km od głównej drogi) zaczęli kręcić się tutejsi, zostaliśmy wypatrzeni przez podejrzanych typów z zaparkowanego niedaleko samochodu, a po kilku kwadransach nadjechała furgonetka z kompletem tubylców na pokładzie. Mamy niemiłe wspomnienia sprzed kilku dni, więc dla bezpieczeństwa opuszczamy okolicę i ruszamy w dalszą drogę, pokonując nocnym kursem ponad 100 km. Nocujemy gdzieś przy drodze prowadzącej przez miejscowość Boumalne Dadès.

O świcie puka do okna naszego Fiata Punto śmiesznie ubrany tubylec, który – jak wywnioskowaliśmy – prosił nas o przestawienie samochodu, gdyż chciał zaparkować tutaj swoje dwa osiołki. Najwyższa pora aby po niemal kompletnie nieprzespanej nocy wyruszyć w dalszą drogę. Nadkładamy parenaście kilometrów aby zobaczyć wąwóz Dadis. Już po kilku minutach jazdy, naszą uwagę zwraca niezwykła formacja skalna, nazywana „wzgórzami ludzkich ciał” albo „doliną palców wskazujących”. Na niewielkim odcinku czeka nas jeszcze cała masa innych atrakcji – np. wąwóz w najwęższym miejscu z niemal pionowymi ścianami, czy widok z tarasu przydrożnej restauracji Timzzillite ukazujący stopień skomplikowania pokonanego przed momentem odcinka drogi. Dzisiejsze śniadanie, czyli: końcówka chleba tostowego, afrykańska wędlina i druga paczka serków kiri – daje nam zapas energii na cały dzień. I faktycznie – uświadamiamy sobie, że jemy naprawdę mało i w dodatku wcale nie odczuwamy głodu.

Kierunek: wschód.  Po przekroczeniu pasma gór Atlas jest już w miarę łatwo. Po drogach jedzie się bardzo przyjemnie i bezstresowo, spora część odcinków przypomina amerykańskie hi-way’e ciągnące się w linii prostej na odcinku wielu kilometrów aż po horyzont. Sceneria wokół nijak nie pokrywa się z naszym wyobrażeniem Afryki, tylko sporadycznie pojawiające się wielbłądy przypominają nam gdzie tak na prawdę jesteśmy. Niestety jeśli nawigator zawiedzie, wówczas nawet mapa drogowa i wskazania lokalizatora GPS nie pomogą… Przeoczyliśmy o ponad 20 km zjazd do wąwozu Tudra. Nie ma sensu się wracać – stwierdziliśmy jednogłośnie, zwłaszcza że czas goni i jeszcze przed wieczorem chcemy dojechać do Merzouki.

Mijają kolejne kilometry. Zaskakujące jest, że nagle w bezkresach afrykańskich równin, w odległości 50 km od najbliższej cywilizacji – idzie sobie spokojnie chłopek. Co on tu robi? Takich pojedynczych przypadków mijaliśmy całe mnóstwo. Bywali i tacy, którzy chcieli „na gapę” ale odpuszczali, gdy tylko na zbliżającym się Punciaku rozpoznawali niebieskie kółeczko przyklejone na przednim lusterku. Wynajęty samochód. Turyści. A oni raczej nie podwożą! Zupełnie inaczej na niebieski kolor reagowali lokalni stróżowie prawa. Byliśmy dość często zatrzymywani, zwłaszcza przez policjantów, stacjonujących w punktach kontrolnych na obrzeżach miast, lub przy ważniejszych węzłach komunikacyjnych. Jak wygląda kontol? Policjant widząc samochód z odległości kilkuset metrów wychodzi na jezdnię i nakazuje się zatrzymać. Spogląda przez szybę, mierzy wzrokiem każdego, po czym wymownie machnie ręką na znak: jedźcie. Jeśli żandarm jest rozmowny, może rozpocząć krótki dialog w języku francuskim:

- Policjant: Ca va?
- My: Ca va bien!

Następnie zwykle pada pytanie o kierunek i cel jazdy, czasem prosi o okazanie dokumentów samochodu i prawa jazdy. Takie sytuacje trochę stresowały, gdyż oficjalnie i zgodnie z umową tylko najemca samochodu może być jego kierowcą. Gdyby policjant dopatrzył się pewnych nieprawidłowości zapewne nie skończyłoby się to na wymianie uśmiechów. Podobnie sytuacja wygląda przy punktach kontrolnych. Na poboczu rozstawione są w niewielkiej odległości ograniczenia, kolejno: do 60km/h, 40, 20, a na końcu znak zakazu z informacją: „halt! gendarmerie” – nie trzeba znać francuskiego żeby zrozumieć. Wystarczy zatrzymać samochód i poczekać na gest policjanta zezwalający na kontynuowanie przejazdu. Nie da się ukryć, że częste kontrole i duża ilość policji na drogach, podnoszą nasze poczucie bezpieczeństwa.

Podobno wokół miejscowości Rissani poprowadzona została turystyczna trasa Circuit Touristique, która łączy najciekawsze atrakcje turystyczne okolicy. Ta okrężna, 21-kilometrowa trasa, miała być w całości wyasfaltowana i dobrze oznaczona. Coś nam jednak nie poszło i asfalt skończył się po około 8km.. Kolejne kilomety pokonaliśmy po utwardzonej, kamienistej drodze, tzw. piste, jednak gdy dojechaliśmy do nikąd i droga się skończyła, musieliśmy zawrócić. W naszym fiaciku coś w układzie kierowniczym zaczęło mocno zgrzytać..
Jeszcze tylko paredziesiąt minut spokojnej jazdy dzieli nas od celu naszej tułaczki, a w przekonaniu tym utwierdzają nas ukazujące się na horyzoncie wydmy!

Umawiamy się, że po wjechaniu do Merzougi pod żadnym pozorem nie damy się nakłonić żadnemu naganiaczowi. I co? Oczywiście tuż za bramą miasta dopada nas typ na motorku.. Podjechaliśmy do hotelu i już po chwili wiedzieliśmy, że chcemy tu zostać! Główny argument – basen:) Przy berberyjskiej herbacie dobijamy targu, negocjując rewelacyjną cenę – łącznie za całą naszą trójkę zapłaciliśmy 1350 MAD (~540 PLN), w tej kwocie:

  • dwie doby hotelowe, pokój 3-osobowy z łazienką. Całkiem nieźle, czysto i dużo miejsca.
  • CAMEL-TRIP wraz z kolacją na pustyni, noclegiem w namiotach berberyjskich i śniadaniem

Suma naprawdę niezła – zwłaszcza, że jednodniowy Camel-Trip to wydatek (jak wybadaliśmy wcześniej) w okolicach od 350 do nawet 700 MAD! Po zakwaterowaniu chwila przerwy i czas na relaks. Wczesnym wieczorkiem ambitnie ruszamy w kierunku pustyni, zdobyć pierwszą wydmę i sfotografować zachód słońca na Saharze. W porę jednak zostaliśmy ostrzeżeni przez obsługę o zbliżającej się burzy piaskowej i dosłownie na kilka sekund przed, schowaliśmy się w hotelu, obserwując to niezwykłe zjawisko z bezpiecznego miejsca. Siadamy więc w holu i sącząc lokalny browar analizujemy wydarzenia ostatnich dni.

Pracujący w hotelu Berberowie, przechodząc obok nas wypowiadali z uśmiechem na ustach „Dobra, dobra!”.  I co ciekawe – po nawiązaniu krótkiego dialogu padało zazwyczaj pytanie po angielsku: „A czy przywieźliźcie z Polski wódkę??” Oj, najwyraźniej często goszczą tu naszych rodaków, zresztą nie trzeba być Sherlockiem, aby zauważyć na ich podkoszulkach znajome logotypy, np: „RMF FM”, znaki naszych klubów piłkarskich, albo często występujące „Poland Rally Team”. Ale czy każdy polski turysta przywozi tutaj ze sobą procenty? Hm.. Pierwsza myśl: ehh nasi poprzednicy wyrobili nam niezłą opinię. Druga myśl: kolejny durny stereotyp. Trzecia myśl i przystąpienie do działania: aaaaaa, mamy! Przywieźliśmy ze sobą, a jakże! Gdzie my, tam i one – travelki:)

Mbarack, chwilę później Omar, za kilka minut dołączył szalony Kus-Kus, a po kolejnych kursach do „całodobowego” (nieopodal przy innym hotelu jest restauracja czynna do późna) mieliśmy już w komplecie cały skład obsługi hotelowej! Mało tego – dołączyli do nas również inni goście przebywający aktualnie w hotelu. Berberyjska muzyka grana na żywo, berberyjskie bębny, śpiew rdzennych Berberów i berberyjskie tańce = iście BERBERYJSKI WIECZÓR! I co najważniejsze – zero reżyserki, 100% spontan! Żadne tam ekstra-płatne animacje hotelowe! Oczywiście kto impreze rozkręcił? „Dobra, dobra” – POLACY :)

Wydawać by się mogło, że Berberowie to ludzie prości i niewykształceni, jednak każdy z którym mieliśmy dziś do czynienia, zna biegle co najmniej 4 języki: francuski, angielski, arabski i lokalny dialekt berberyjski. Zna również kilka słów w języku polskim! My natomiast poznaliśmy dwa szalenie ważne słówka, dzięki którym mamy pewność, że zawsze się dogadamy, pierwsze z nich to: sahara, czyli – kto by pomyślał – „pustynia”, a drugie:  sa-ha będące odpowiednikiem naszego „na zdrowie!”

Kolejny dzień. To pierwsze i zarazem ostatnie chwile wycieczki, które możemy spędzić na kompletnym nicnierobieniu.  Około południa rezerwujemy czas, aby podjechać nad pobliskie jeziorko – ponoć o tej porze roku można zobaczyć tam całe stado flamingów. Różowe ptaszyska były niestety po drugiej stronie jeziora, do której nie ma dojazdu (przynajmniej nie punciakiem). Mieliśmy to szczęście że stado poderwało się do lotu, zataczając koło parędziesiąt metrów przed nami – to zdecydowanie lepsze niż filmy na National Geographic! Będąc na zakupach w centrum (oj, powiedziane nieco na wyrost!) Merzougi spotkała nas miła niespodzianka – przed jednym ze sklepików widzimy potężny motor na polskich blachach. Ciągnięci ciekawością zaczepiamy rodaków – Jacka i Oliwię, wymieniamy opinie i opowiadamy o najniezwyklejszych przygodach z obecnej wyprawy. Do dziś podziwiamy ich za wytrwałość – dzielnie pokonali całą Europę wdłuż południowego wybrzeża i dotarli aż tutaj, a ile jeszcze wrażeń przed nimi! W dodatku trzeba będzie jakoś wrócić, więc nawet gdy ich wycieczka dobiegnie końca, to będzie to dopiero połowa  – przecież w perspektywie zostaje jeszcze podróż powrotna…

Wieczorem – gwóźdź programu wycieczki – około 18.00 wyruszamy na Camel Trip! Pierwsze 15 minut jazdy na wielbłądzie to walka z równowagą i utrzymaniem stabilności. Po kolejnym kwadransie mamy ochotę już zejść i odpocząć, a tu jeszcze godzina jazdy przed nami! Docieramy do bazy ulokowanej zaledwie około 4-5 kilometrów od hotelu, jednak jest to kompletnie bez znaczenia gdyż wokół nie widać niczego innego oprócz nieba i piasku. To samo będzie za kolejne 10, 15, 20 kilometrów.. Nieopodal namiotów, nasz przewodnik parkuje wielbłądy. Tak – okazuje się, że wielbłąda można dosłownie „zaparkować” a nawet założyć mu blokadę! Otóż sznur, który służy podtrzymuje siedzisko na grzbiecie wielbłąda jest zawiązywany wokół kolana zagiętej nogi, tak aby zwierzak nie mógł wstać. Genialne i proste zarazem! I tym razem nie udaje nam się zobaczyć zachodu słońca, gdyż znowu rozpętała się burza piaskowa! Szczęśliwie byliśmy przygotowani i przed wyjazdem na pustnię zakupiliśmy berberyjskie turbany. Strzał w 10-tkę! Idealnie chronią przed słońcem i są niezastąpione jeśli chodzi o piasek. Bez nich już po kilkunastu sekundach mielibyśmy zasypane oczy i pełno ziarenek w zębach – a to mało przyjemne uczucie. Zbliżająca się z oddali ogromna chmura piasku robiła spore wrażenie, efekt dosłownie jak z filmu. Podczas burzy piaskowej, unoszone wiatrem ziarenka pędziły tuż nad powierzchnią z taką szybkością, że aż kłuło w nogi! Szybka sesja, kilka zdjęć i powrót do namiotu, przed nami regionalna obiadokolacja. Tagine (czyt. taźin) to zarazem nazwa potrawy i naczynia, w którym jest ona podawana. Porcja nie do przejedzenia, właściwie to ledwo napoczęliśmy..

Noc. Burza piaskowa w końcu ustępuje. Na zewnątrz mocno się ochłodziło, daleko natomiast do osiągnięcia amplitudy temperatur, o jakich wspominała pani nauczycielka na lekcjach geografii w podstawówce. Wzrok szybko przyzwyczaja się do ciemności i już po kilku chwilach można podziwiać afrykańskie niebo, rozświetlone przez miliony punktów wyraźnie większych i jaśniejszych niż u nas w Polsce :) Czyste niebo i tylko ta jedna podłużna chmura nad naszymi głowami delikatnie przysłaniała nam widok. Ah, dopiero po chwili dociera do nas że to nie obłok, a droga mleczna!

Ciężko zasnąć na pustyni. Znowu burza piaskowa, wieje tak że zaczynamy powątpiewać w wytrzymałość konstrukcji naszego namiotu! Mimo wyraźnego spadku temperatury nasze superlekkie śpiwory dają radę. Niska temperatura to jeszcze nic, sen z powiek spędza nam myśl o skorpionach! Spotkany dziś Jacek mocno nas nastraszył tym tematem, a już zwłaszcza zdjęciami groźnego osobnika który wtargnął do jego pokoju hotelowego. Od dziś pamiętamy o tym, aby profilaktycznie przed założeniem butów mocno je wytrzepać! Piotr rezygnuje ze snu polując na urojone skorpiony ;)

Plan wykonany, pełna satysfakcja! Noc na Saharze w namiocie berberyjskim. Rewelacja!


Poprzedniego dnia nie załapaliśmy się na zachód, ale dane nam było zobaczyć słoneczny pokaz o świcie! Poranna sesja zdjęciowa, kilka pamiątkowych fotek. Chłoniemy ostatnie chwile w tym cudownym miejscu. Nasz kierowca przeparkował już taksóweczki, pora więc wracać. Drogę powrotną pokonujemy dość szybko, ale w konfiguracji innej niż poprzednio – pozamienialiśmy się wielbłądami. Zależy dla kogo, ale osobiście uważam że zamiana była fatalnym pomysłem, mój wielbłąd był nadwyraz niestabilny i fatalnie się na nim jechało.  W dodatku zostałem ranny;p Tym razem Michał trafił najlepiej – na swoim camelu mógłby śmiało przejechać całą pustynie. Od tej chwili nasza dalsza wycieczka to właściwie tylko długi i męczący powrót do domu. Osiągnęliśmy cel, spędziliśmy noc na Saharze – teraz nie mogło nas już spotkać nic, co by przebiło ów gwóźdź programu.

Przy sniadaniu rozważamy opcje, kalkulujemy koszty, aż wspólnie podejmujemy decyzję: jedziemy do nadmorskiej miejscowości Essaouria! No bo jak to – być w Afryce i nie dotknąć Oceanu Atlantyckiego? Podróż od granicy z Algierią do Atlantyku zajmuje nam 14 godzin jazdy. Prowadzimy samochód na zmianę, oczywiście i tym razem ma zastosowanie nieformalny podział:

  1. Michał: Hi’waye i „długie proste” odcinki przez marokańskie bezkresy
  2. Łukasz: trudne odcinki górskie i jeszcze trudniejsza jazda przez centrum Marrakesh’u.
  3. Piotr: nocne trasy, gdzie drogi momentami nie widać a i pełno Marokańczyków sobie spacery urządza.

Essaouria – „wietrzne miasto”, przedstawia nam zupełnie inny obraz Maroko. Nawet ludzie jacyś „inni” niż dotychczas. Co ciekawe jest tutaj nadwyraz dużo kaleków oraz żebraków. Są też kaleko-żebracy, którzy zbierają na życie eksponując swoje zniekształcone, często nawet mocno uszkodzone ciała. Nawet nie wypada robić zdjęć… Życie kręci się tutaj głównie wokół portu, nam jednak bardziej przypada do gustu dzielnica targowa w której wydajemy resztki pieniędzy na fatalne (nie dla sklepikarzy rzecz jasna) układy handlowe. Zwyczaj targowania jest tu także mile widziany, jednak nie ma co liczyć na upusty takie jak w stolicy. Czasem uda się ubić 10-15% i to już jest maksimum. Zdarzyło się dwa razy, że podejmując dalsze zacięte negocjacje zostałem potraktowany pytaniem: „Ej, czy ty przypadkiem nie jesteś Berberem?”, co w wolnym tłumaczeniu na nasze realia oznacza: „O żesz ty żydzie!”.

Popołudniowy powrót do Marrakeshu dostarczył nam mocnych wrażeń. Długa prosta, spokojna jazda bez szaleństw. Przed nami gna „tutejszy” samochód. Już z daleka widzimy radiowóz i kręcącego się policjanta. Normalny widok, zapewne checkpoint albo kolejna kontrol, jakich mieliśmy już wiele. Zatrzymuje samochód jadący przed nami i szybko wypuszcza, od razu sygnalizując nam, abyśmy zjechali na pobocze. A tu proszę – laserowy radar, a na nim wskazanie 94kmph na ograniczeniu do 70. Nie ważne czy to nasz pomiar, czy naszego poprzednika – tego już się nigdy nie dowiemy. Możemy tylko przypuszczać że powodem całej sytuacji jest ta nieszczęsna niebieska kropka na lusterku… Policjant: „Proszę okazać dokumenty pojazdu, driving license, i ubezpieczenie. Za to wykroczenie proponuję mandat w wysokości 400MAD (160zł)”. Tłumaczę więc, że niestety nie mamy pieniędzy, bo to ostatni dzień w Maroko, bo zrobiliśmy zakupy, bo kupiliśmy suveniry, bo to wypożyczony samochód, a wogóle to za kilka godzin mamy lot powrotny do domu. Dopiero gdy usłyszał ode mnie: „We are poor students from Poland”, w odpowiedzi niczym sklepikarz na targu zapytał: „W takim razie ile możecie mi dać?”. 10 euro rozwiązało sprawę! W dodatku zostaliśmy ostrzeżeni, że na odcinku przed Marrakeshem stoją jeszcze dwie kontrole radarowe – miło.

Info dla osób planujących przejazd własnym samochotem: odcinek 30 kilometrów przed Essaourią jest rozkopany i zapewne jeszcze będzie remontowany przez dłuższy okres czasu. Jeśli nie ma pośpiechu – warto nadłożyć trochę drogi i go ominąć południową trasą, przejeżdzając przez szereg mniejszych miejscowości. Przyda się dobra mapa!:)
Źle rozegraliśmy logistycznie ostatni wieczór, mogliśmy przespać się w samochodzie i oddać kluczyki rano. Zdaliśmy samochód jeszcze tego samego dnia, licząc na to że spędzimy noc na lotnisku. Niestety dowiedzieliśmy się trochę za późno, że lotniska w Maroko są przez policję zamykane na noc. Takie jest marokańskie prawo i nie ma dyskusji. Ostatnią noc w Afryce spędziliśmy więc pod chmurką :)

Zmęczenie najwyraźniej dało nam się we znaki. O mały włos a przegapilibyśmy samolot! Czekaliśmy na lot o 11.00 do Mediolanu, podczas gdy powinniśmy lecieć o 9.50 samolotem do Bergamo (lotnisko znajdujące się ok. godzinę jazdy autobusem od Mediolanu). W porę zorientowaliśmy się w sytuacji. Mogłoby się to skończyć nieciekawie, zwłaszcza że na taką okoliczność nie mieliśmy przygotowanego planu awaryjnego!

Bergamo było ostatnim punktem transferowym naszej tygodniowej wycieczki. Plan podróży zrealizowaliśmy w 120% i co najważniejsze – spędziliśmy noc na Saharze, a przede wszystkim zaliczyliśmy kolejny kontynent. Czegóż chcieć więcej?:) Obecnie klarują się plany co do następnego wyjazdu, ale jeszcze nie będe zapeszać – zdradzę tylko, że istnieje duże prawdopodobieństwo odwiedzenia kolejnego kontynentu i nie będzie to Ameryka! Zapraszam już za kilka miesięcy!!! :)

Tradycją stało się, że pierwszym postem w nowym temacie jest prezentacja lotów nadchodzącej wycieczki. Obecna trasa przelotów może nie wygląda zbyt okazale, dystans również nie jest powalający (nieco ponad 6000km), jednak dla nas najważniejszy jest sam fakt, że po raz pierwszy staniemy na Czarnym Kontynencie! Nasz krótki tygodniowy pobyt, będziemy chcieli wykorzystać na 120% normy zakładanego planu. Ze względu na specyficzny charakter wyprawy, fotki, opisy i kompletna relacja ukaże się dopiero po naszym powrocie. Skład ekipy: Łukasz, Piotr i Michał. Niestety na kilka godzin przed wylotem odłączył od nas nasz czwarty kompan – Mariusz – który niestety nabawił się poważnej kontuzji. Życzymy mu szybkiego powrotu do zdrowia. Startujemy już dziś (08.06) późnym wieczorem, wracamy 17.06 około południa. Trzymajcie kciuki, do zobaczenia wkrótce!

Autorski design opracowany na bazie Devolux devolux.org