NaszaWycieczka.com | fotorelacja z podróży

"2010: Indie – Nepal"

Ostatni dzień wycieczki zaczął się fatalnie… Na godzinę 4.30 umówiliśmy taksówkę, rezerwując nie przez hotel tylko za pośrednictwem lokalnego biura turystycznego – kosztuje kilka razy mniej. Niestety nie wszystko można przewidzieć – w drodze na lotnisko samochód się zepsuł! Sprzęgło ślizgało, ślizgało aż się zbuntowało… Wprawdzie do planowanego wylotu zostały nam jeszcze dwie godziny, mamy świadomość że procedury wylotu mogą być równie skomplikowane jak w Nepalu i że całość może się nieco wydłużyć w czasie. Ostatecznie docieramy inną taxi na lotnisko, lecz tutaj spotyka nas kolejne rozczarowanie – samolot jest spóźniony, wylot przesunięto o godzinę. Zaczynamy się denerwować, z racji że Moskwa podobnie jak i poprzednio, jest dla nas jedynie portem transferowym – po 45 minutach od wylądowania planowana jest przesiadka i lot innym samolotem do Kijowa. Ufamy, że wszystko jest pod kontrolą Aeroflotu, więc spokojnie zajmujemy przydzielone nam na kartach pokładowych miejsca. Atmosfera robi się gorąca, gdy dociera do nas informacja, że samolot jest spóźniony już nie o jedną, ale o dwie godziny i że na pewno nie zdążymy na kolejny lot. Zapewnienie, że linie Aeroflot zaoferują nam alternatywne loty do Kijowa wcale nas nie pociesza, bowiem o 20.05 mamy następny lot (tym razem via WizzAir) z Kijowa do Katowic… Zaczynamy nerwowe rozważania – kupno biletu na samolot do Polski „na teraz” to łączny koszt kilku tysięcy złotych, przejazd pociągiem / autobusem – nawet kilkaset złotych na osobę i conajmniej jeden dzień stracony na tranzyt..
Jednak udało się – szczęśliwie samolot relacji Moskwa – Kijów czekał na nas (łącznie ok. 20-30 pasażerów do transferu), dzięki czemu zgodnie z planem dotarliśmy na kolejny lot. Jeszcze przed 22.30 tego samego dnia nasza wycieczka oficjalnie się zakończyła!

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!

Dziękujemy wszystkim za współuczestnictwo w NaszejWycieczce!
Pozdrawiamy! Paula, Sylwia, Łukasz, Grzegorz.

PS. Wygląda na to, że przywieźliśmy wiosnę!:)

Nie znamy powodu, dla którego kontrole lotnicze są w Kathmandu aż tak szczegółowe, nie spotkaliśmy się z takim podejściem służb bezpieczeństwa jeszcze nigdy i nigdzie na świecie. Na dzień dobry jeszcze przed wejściem na teren budynku lotniska, nasze bagaże zostały prześwietlone i opatrzone naklejką (secuity checked), a my przeszliśmy proceduralną kontrolę osobistą. Nadanie bagaży i odbiór biletów poprzedzał wnikliwy wywiad przeprowadzony przez pracownika lotniska, koniecznie musieliśmy przedstawić rezerwacje na dalsze loty. Przejście na strefę bezcłową wiązało się z kolejną kontrolą czyli ponownym prześwietleniem bagażu (tym razem już tylko podręcznego), kontrola osobista po raz drugi, następnie gruntowne przeszukiwnie plecaków i torebek. Na tym etapie zarekwirowano nam zapalniczkę i taśmę izolacyjną! Byliśmy przekonani, że to już koniec absurdalnych kontroli – oczywiście myliliśmy się. Bezpośrednio przed wyjściem na płytę lotniska po raz trzeci zostaliśmy „obmacani” przez celników. Wreszcie wsiadamy w autobus transferowy, który podwozi nas pod samolot. Nie do wiary – bezpośrednio przed schodami do samolotu kolejny security control, no tego jeszcze nie było! Kolejny raz przetrzepywanie i kontrola osobista. Dlaczego? Co mogło się zmienić w zawartości naszych plecaków w ciągu ostatnich 5 minut? Nie dopinamy bagaży na wypadek gdyby miały być jeszcze raz przeszukiwane na pokładzie samolotu – tutaj jak widać wszystko jest możliwe..
W sumie przed wejściem na pokład przeszliśmy łącznie 4 kontrole celne.

Po tych wszystkich przygodach 1,5 godzinny lot na pokładzie samolotu floty JetAirlines to czysta przyjemność. Doskonała obsługa, ciepły obiad, piwko a do dyspozycji każdego pasażera panel LCD z dostępem do muzyki, filmów, gier i informacji o locie (aktualne położenie, prędkość samolotu, wysokość, itp.) Rewelacja! Pokonanie drogą lądową kilkusetkilometrowego dystansu dzielącego Kathmandu i Delhi, mogłoby dla porównania zająć ok. 30-40 godzin.

Lądujemy i… kolejny raz jesteśmy w Indiach. Tym razem Delhi nie jest takie szokujące jak poprzednio, pewne rzeczy nie robią już na nas wrażenia, na inne jesteśmy uodpornieni. Bogatsi w doświadczenia sprzed kilkunastu dni, wiemy jak rozmawiać ze sprzedawcami, oraz jak opędzać się od żebraków, riksiarzy i nachalnych nagabywaczy. W „zapasowy dzień” uwzględniony w planach na wypadek nieoczekiwanych zmian podróży, spędziliśmy oglądając miejsca, których wcześniej nie udało nam się zobaczyć oraz na wydawanie reszty pieniędzy w dzielnicy Main Bazaar.

Powoli mija trzeci i niestety ostatni tydzień naszejwycieczki.com :) Mimo iż doświadczyliśmy fantastycznej przygody, jednogłośnie stwierdzamy, że nieprędko wrócimy do Indii a jeśli już – to będą co najwyżej one punktem tranzytowym na trasie do Nepalu.

Ostatnie dni pełne były przeprowadzek, nadszedł i czas wymeldowania się z Pokhary. Kolejny, właściwie już ostatni cel naszej podróży, to stolica Nepalu – Kathmandu. Rozważaliśmy kilka możliwości transportu: najdroższa – samolotem (70$ na osobę), nieco tańsza – turystycznym autobusem A/C za 18$/os, kolejna opcja – wynajętą taksówką (łącznie 5500 NRS, czyli 220zł). Ostatecznie zdecydowaliśmy się na pokonanie trasy Pokhara – Kathmandu zwykłym autobusem kursowym bez klimatyzacji za jedyne 350 NRS/os (14zł). Dobrze zrobiliśmy nie decydując się na droższe rozwiązania – klimatyzacja w autobusie wcale nie była potrzebna, miejsca mieliśmy dużo więcej niż w małej taksóweczce, a 6h czas przejazdu był niczym w porównaniu z poprzednimi, wielogodzinnymi transferami.

Mając w pamięci doświadczenia związane z hotelami w Pokharze, postanowiliśmy i tutaj dokonać wyboru na miejscu. Szybko daliśmy się złapać w sidła naganiacza hotelowego, który zaprezentował nam Kathmandu Resort Hotel. Krótkie oględziny, długie negocjacje i ostatecznie decyzja: „TAK”. W cenie 27$ za pokój, osiągnęliśmy najwyższy standard z pośród wszystkich dotychczasowych hoteli na trasie obecnej wycieczki. Problem elektryczności, który występuje na terenie całego Nepalu – zupełnie nas nie dotyczy, gdyż ten hotel, ponoć jako jeden z niewielu w okolicy, dysponuje własnym agregatem prądotwórczym zapewniającym dostęp do prądu (tudzież i Internetu) przez całą dobę. To jednocześnie drugi hotel, w którym mamy ciągły dostęp do gorącej wody.

Dwa pełne dni planujemy na zwiedzenie stolicy Nepalu, oraz najbliższych okolic. W pierwszy dzień wyruszamy na wycieczę do zlokalizowanej 15 km na wschód od Kahtmandu wioski – Bakhtapur. Miejscowości łączy droga szybkiego rchu – HiWay – tak przynajmniej wynikało z mapy. W praktyce okazało się, że oznaczona kolorem czerwonym kreska, to wielki plac robót, gdzie ubity grunt przeplata się momentami z asfaltem. Droga na Jasienicę po zimowych roztopach byłaby tutaj uznana za Hi-Hi-HiWay… Pół godziny męczarni i jesteśmy! Bakhtapur – zabytkowe miasteczko wpisane na światową listę zabytków UNESCO, wywarło na nas spore wrażenie. Mimo wszystko czujemy się oszukani płacąc za wstęp zupełnie niepotrzebnie aż 750 rupii (stawka dla turystów, lokalna tylko 25 rupii), w dodatku po fakcie spostrzegliśmy się, że z łatwością można było ominąć ticket counter… Główną atrakcją miejscowości jest plac Durbar Square, na którym mieści się cała masa świątyń oraz pałac królewski. Podobne place zlokalizowane są również w samym Kathmandu, oraz w przyległej wsi (obecnie już dzielnicy miasta) Patan, do której jeszcze tego samego dnia dojechaliśmy lokalnym busikiem za 15 rupii/os (60 groszy). Na ten rodzaj transportu należy szczególnie uważać, ponieważ bus zabiera na pokład tyle osób, ile ma ochotę do niego wejść. W pewnym momencie w 18- osobowym Mercedesie było grubo ponad 50 pasażerów…

W niedzielę zwiedziliśmy wszystkie pocztówkowe miejsca zlokalizowane w samym Kathmandu. Ze względu na dość duże odległości pomiędzy docelowymi lokalizacjami, wynajęliśmy taksówkarza, który dowiózł nas we wszystkie wybrane przez nas miejsca. Po raz kolejny była to opcja najkorzystniejsza zarówno pod względem organizacyjnym, jak również i finansowym – cena nawet kilkudziesięciu złotych za usługę jest niczym, jeśli podzielić ją na 4 osoby.

Jutro o 15.45 czasu lokalnego (11.00 czasu polskiego) pożegnamy Nepal, wsiadając do samolotu relacji KTM-DEL.

Nadszedł czas rozstania z sielanką nepalskiej wioski. Chcąc dostać się do miasta, musieliśmy udać się na przystanek autobusowy, z którego autobusy odjeżdżają co godzinę od 8.00 do 12.00. Wyboista, kręta droga, na której kilka dni wcześniej utknęliśmy – nie stanowiła najmniejszego problemu dla autobusu ani dla kierowcy, który zapewne każdego dnia pokonuje tę trasę kilkukrotnie.

Dojechaliśmy do Pokhary, od razu kierując się do dzielnicy turystycznej – Lake Side. Dobrze zrobiliśmy nie rezerwując hotelu przez Internet – w Pokharze jest bardzo dobra baza noclegowa, wystarczy przejść się wzdłuż głównej drogi, dzie zlokalizowana jest cała masa hoteli i guest-hausów. Dokonując wyboru na miejscu, można obejrzeć pokoje przed podjęciem decyzji, a także ponegocjować cenę. Niespełna półgodzinne poszukiwania zakończyły się wyborem najlepszego z pośród wszystkich jakie widzieliśmy – Peninsula Hotel. Wynegocjowana cena za pokój: 800 NRS (16 zł / osoba). Popołudnie spędziliśmy na ustalaniu planu wycieczki na kolejny dzień.

Czwartek rano, godzina 9.00 wystartowaliśmy na wycieczkę rowerową na podbój Pokhary. Po 6km dotarliśmy do podnóża góry, na której znajduje się World Peace Stupa. Od celu dzieliło nas jeszcze męczące, godzinne podejście po stromych schodach. Tego dnia wykonaliśmy łącznie około 35 kilometrów (dane wg. GPS), zwiedzając zarówno turystyczną dzielnicę (Lake Side) jak również i zwyczajną, mieszkalną część miasta, w której widzieliśmy normalne życie Nepalczyków.

Mała cząstka Nepalu, z jaką mieliśmy przyjemność zapoznać się przez kilka ostatnich dni pobytu, okazała się dla nas zbawienną odskocznią od totalnego chaosu i smrodu towarzyszącego nam przez pierwsze 2 tygodnie podróży. O ile z Indii chcieliśmy uciec jak najszybciej, o tyle Nepal pokochaliśmy całym sercem, snując nadzieję na rychły powrót do tej niezwykłej krainy.

Pierwsze dwa dni spędziliśmy w leżącej u podgórza Himalajów wsi Sarangkot – były to najpiękniejsze chwie naszej wycieczki. Nepal w naszym dotychczasowym pojęciu to głęboka cisza i błogi, idylliczny spojój, przerywany jedynie szumem wiatru i dobiegającymi z oddali głosami wrzawy wiejskiej. Wypowiadane ze szczerym uśmiechem „namaste”, będącym ciepłym powitaniem i pozdrowieniem Nepalczyków kierowanym do nas, było zarazem magicznym słowem dającym nam wstęp do tego niezwykłego świata. Tutaj życie biegnie swoim tempem. Początkowo utrudnieniem dla turystów takich jak my, może być ograniczony dostęp do Internetu, brak prądu i ciepłej wody. Rejon Pokhary zaopatrzany jest bowiem w energię elektryczną generowaną przez hydroelektrownię. W porze suchej, która obecnie panuje – poziom wody jest niedostateczny, dlatego dostęp do elektryczności jest ograniczany zaledwie do kilku godzin w ciągu doby. Ciepła woda w wysokogórskich hotelikach jest niestety rzadkością.

Jedną z najwspanialszych przygód z pobytu na Sarangkot było doświadczenie nepalskiej kuchni, którą przybliżyła nam gospodyni naszego guest-hausu. Warto na koniec wspomnieć o cenie: dwie noce dla 4 osób + pełne wyżywienie = 220zł za całość!

Ostatni dzień pobytu w Varanasi spędziliśmy dość aktywnie, objeżdżając całe miasto wzdłuż i wszerz. Umówionym dzień wcześniej tuk-tukiem przejechaliśmy łącznie kilkadziesiąt kilometrów, płacąc jedyne 500 rupii za wykonaną usługę.

Zwiedzanie miasta zakończyliśmy przed 20.00, a że do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze dużo czasu – wybraliśmy się do kina! W Indiach odbywa się premiera średnio 3 filmów dziennie, postanowiliśmy zobaczyć od wewnątrz choćby fragment tej potężnej kinematografii, wybór padł na pierwszy-lepszy film: Atithi Tum Kab Joage. Planowaliśmy obejrzeć najnowszy hit bollywoodzki – „My name is Khan”, niestety godzina seansu kolidowała z naszymi planami. Chyba nie musimy wspominać, że film w całości zrealizowany został w języku hindi, a nasza nadzieja na angielskie napisy spełzła na niczym. Śmialiśmy się w momentach, w których śmiali się inni udając zrozumienie dialogów;) 2-godzinny seans zakończyliśmy dopowiadając sobie wzajemnie sens filmu i wyjaśniając ewentualne niejasności.

Rozkład hinduskiego PKP zakładał start naszego pociągu relacji Varanasi – Gorakhpur na godzinę 00:30. Pociąg niestety nie pojawił się na stacji! Pierwszy komunikat: pociąg jest opóźniony, wjedzie na peron pierwszy z 20-minutywym opóźnieniem. Czekamy, czekamy… Kolejne komunikaty informują co pół godziny o przedłużającym się opóźnieniu. Zmęczeni wyczekujemy na pociąg, powoli tracąc nadzieję na dojechanie do Nepalu w planowanym czasie. Większe opóźnienie mogłoby zmusić nas do spędzenia nocy w Sonauli na granicy Indyjsko-Nepalskiej, gdyż ta zamykana jest o godzinie 18.00! Szczęśliwie pociąg dotarł, ale z 3 godzinnym opóźnieniem. Ten odcinek zdecydowaliśmy się przejechać w klasie trzeciej, w wagonie klimatyzowanym. Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie! Klasa 3AC – bo tak się nazywa – to sleeper w lepszym wydaniu, z tą tylko różnicą, że: wszystko jest czyste i nie śmierdzi, obsługa zapewnia nam świeżą poszewkę, koc i ręcznik, kuszetki i przedziały mają zasłonki, wagon jest zamknięty i przebywają tu „normalni” ludzie.

Noc przespana, jak nigdy dotąd!

Z 2-godzinnym opóźnieniem dojechaliśmy do stacji docelowej – Gorakhpur. Wychodząc z dworca nie sposób przebić się przez stado przewożników, wszyscy przekrzykują się jeden przez drugiego, z każdą minutą oferując coraz to niższe ceny. W pewnym momencie omal nie doszło do bójki pomiędzy dwoma kierowcami – pokłócili się oczywiście o nas. Ostatecznie wynajmujemy całego jeepa, który za 700 rupii zawozi nas do granicy. Tańszym rozwiązaniem (100 rupii/osoba) byłoby współdzielenie jeepa na 12 osób (!), lecz wiązałoby się to z niemożliwym do zniesienia ściskiem i koniecznością umieszczenia naszych bagaży na dachu samochodu – a to nas już zupełnie odstraszyło.

Na granicy byliśmy około południa. Uzupełnienie wniosków wizowych i kart wyjścia – wejścia, oraz uiszczenie opłaty (25$) za wydanie 2-tygodniowej wizy, to standardowe procedury których dopełnienie zajęło nam około pół godziny.



Przejście graniczne wygląda dość specyficznie, można nie zauważyć, w którym miejscu kończą się Indie, a zaczyna Nepal. Pozornie wydawać by się mogło, że formalnie granica nie istnieje, a brama do Nepalu pełni jedynie funkcję informacyjną. Przepływ ludzi jest tutaj dość swobodny, jednak nieposiadanie wizy w paszporcie mogłoby się w przypadku kontroli skończyć nieciekawie.

Po pierwszych przebytych metrach strony nepalskiej, można było zaobserwować inne rysy twarzy (migdałowe oczka), inny ubiór (czapki, zimowe kurtki) oraz większy porządek na ulicach (kosze na śmieci). Rozpoczynamy poszukiwania transportu do Pokhary. Mamy do pokonania ponad 250km, a do wyboru dwie możliwości: wynająć samochód za 6000 rupii nepalskich (4000 indyjskich) którym przejazd ma trwać około 6 godzin lub całonocna tułaczka (14h) marnej klasy autobusem (350 INR). Przyzwyczajeni przez Hindusów do konieczności negocjacji cen, przystępujemy do dzieła -odnosząc wątły sukces. Dopiero po 2 godzinnych poszukiwaniach optymalnej opcji, zostaliśmy poinformowani, że w kulturze nepalskiej nie ma zwyczaju targowania się. Ostatecznie samochodem wynajętym w agencji turystycznej wyruszamy w drogę.

Wydawało nam się, że cena jaką uzyskaliśmy jest mocno zawyżona, jednak już po 30 minutach jazdy, gdy tylko wjechaliśmy w piękny krajobrazowo, ale trudny, górzysty teren u podnórza Himalajów, dotarło do nas, że cena 5500 rupii nepalskich (220zł) jest całkiem OK. W agencji prowadziliśmy rozmowy po angielsku, niestety kierowca który wyruszył z nami w podróż znał tylko kilka angielskich słów- yes, yes!, yes?. Pięciogodzinna jazda okazała się ciężką przeprawą. Kręte drogi, urwiska i bezdroża, momentami brak asfaltu, pokonywaliśmy przy średniej prędkości około 40km/h.

Zgodnie z planem dotarliśmy do Pokhary po godzinie 20. Zaskoczył nas fakt, że tak duże miasto liczące 180 tysięcy mieszkańców, całe pogrążone jest w ciemnościach. Potwornie wygłodzeni i spragnieni zatrzymaliśmy się w przydrożnym sklepie, gdzie przy świetle świec zakupiliśmy niezbędne produkty na kolację. W przeciwieństwie do Indii, tutaj praktycznie na każdym kroku SĄ sklepy z podstawowymi artykułami spożywczymi. Do zarezerwowanego dzień wcześniej hotelu pozostało nam jedynie 18 kilometrów, jednak mina naszego kierowcy zdradzała nam, że kompletnie nie ma pojęcia jak dotrzeć do celu. Mimo kilkukrotnych konsultacji z miejscowymi, nie mieliśmy pewności, że jedziemy we właściwym kierunku. W momencie gdy asfalt się skończył, a zaczęła się wyboista, stroma i w dodatku kręta droga na której zalegały ogromne głazy – kompletnie zwątpiliśmy, tracąc nadzieję na noc przespaną w hotelu. Po przejechaniu kilku kilometrów, kolejne wzniesienie okazało się zbyt dużym wyzwaniem dla małego Suzuki Marutti. Utknęliśmy. Przed nami góra, za nami nepalskie ciemności… Sytuacja beznadziejna! Zmęczeni, przestraszeni i mocno poirytowani całym zajściem, byliśmy gotowi na poszukiwanie nowego noclegu. Na domiar złego z oddali dobiegały do nas głosy dwóch pijanych mężczyzn zbliżających się w kierunku naszego samochodu. Miękkim angielskim zaproponowali pomoc, bo jak się okazało mieszkają w sąsiedztwie naszego guest hausu. Nieufnie wyszliśmy z auta, wyciągneliśmy bagaże i ruszyliśmy na piechotę w nieznane. Krótka wspinaczka przy świetle latarki i po 15 minutach docieramy na wzgórze Sarangkot. Szczęśliwi lokujemy się w pokojach, naszych pozytywnych nastrojów nie psuje nam tego wieczoru nawet zimny prysznic.

——————————————————————

Dopiero o poranku dociera do nas świadomość, gdzie się właściwie znaleźliśmy. Sarangkot to jedno z najpiękniejszych miejsc widokowych w tej części Himalajów, to właśnie tutaj planowaliśmy jednodniowy trekking z Pokhary. Lepiej być już nie mogło, gdyż nasz hotelik ulokowany jest zaledwie 160 metrów od punktu widokowego! Niestety w pierwszy poranek odsypialiśmy kilkonastogodzinna podróż, dlatego wybraliśmy się tylko na 2 godzinny, popołudniowy spacer po wzgórzach w najbliższej okolicy. Dzisiaj (środa) ustawiliśmy budziki na 5.40 i dotarliśmy na viewpoint kilka minut przed rozpoczęciem świetlnego spektaklu. Fantastyczna sprawa, zobaczyć wschód słońca na dachu świata! Promienie odkrywały przed nami szczyty kolejnych ośmiotysięczników, warto było tu przyjechać dla tych kilku chwil! CUDOWNY WIDOK!!

Ostatni życiowy cel Hindusów. Varanasi, bo o nim mowa – to święte miasto, o tradycji liczącej ponad 5000 lat. To miejsce, do którego podążają pielgrzymi z całych Indii, których celem podróży jest oczyszczająca z grzechów kąpiel w Gangesie. Wielu z nich przyjeżdża tu tylko po to, aby dokończyć swego żywota i zostać spalonym nad brzegiem świętej rzeki. Miejsce to było pierwszym punktem poznawania miasta. Po krótkim targowaniu i uzyskaniu zadowalającej nas ceny (i tak przepłaciliśmy) wypłynęliśmy w godzinny rejs o zachodzie słońca. Wioślarz Raju (czyt. Radziu) opowiadał o historii miasta i przedstawił wiele interesujących faktów, o których wcześniej nie słyszeliśmy. Dowiedzieliśmy się, że w „pogrzebie” uczestnczą wyłącznie mężczyźni z najbliższej rodziny osoby zmarej. Nie spala się ciał osób ukąszonych przez węże, dzieci poniżej 10 roku życia, kobiet w ciąży, ani świętych Sadhu – są one topione w Gangesie. Osoby o nieokreślonej płci traktowane są najgorzej, gdyż ich ciała zakopuje się w pozycji stojącej, tak aby nigdy ich dusze nie zaznały spoczynku. Wielkość stosu zależna jest od zamożności rodziny, ceny wahają się od 1500 do 20.000 rupii, gdzie w najdroższej opcji stos wykonany jest z drzewa cedrowego.

W ciągu doby odbywa się średnio około 60 ceremonii palenia zwłok na stosie, a tylko w trakcie godzinnego rejsu byliśmy świadkami aż ośmiu. Niestety ze względu na kategoryczny zakaz fotografowania oraz filmowania, nie mamy dokumentacji tych wydarzeń, natomiast na długo zostaną one w naszej pamięci. Ciało zmarłego owinięte w czerwone sukno, jest zanurzane w wodach Gangesu, następnie układa się je na drewnianym stosie i podkłada ogień. Kompletne dopalenie zwłok trwa około 3 godzin, po tym czasie prochy rozsypywane są do rzeki. Na zakończenie obrzędu, jej uczestnicy rytualnie obmywają się w Gangesie.

Z przybrzeżnych Ghatów dobiegała rytualna muzyka z odbywających się tam modlitw. Widzieliśmy zachód słońca na Gangesie, następnego dnia z samego rana wybraliśmy się tu ponownie, aby obserwować świętą rzekę o wschodzie. Dziś wyruszamy w długą podróż do Nepalu, będziemy w kontakcie za 2-3 dni.

Kolejna krótka noc za nami. 5.20 rano taxi na dworzec, kilka minut krzątaniny na dworcu. Tym razem mieliśmy przyjemność podróżowania w ostatniej klasie krzesełkowej – przedziały jak w osobowym PKP, tyle że ciaśniej i brudniej. W ogólnym zamieszaniu udaję nam się wychwycić polsko-łacińskie słowa dobiegające z początku wagonu. Nie przyznajemy się do nich, wstyd… W trakcie przejazdu trwającego około 5h zaczepił nas przewodnik tamtej 7-osobowej grupy. Szczerze współczujemy turystom, którzy decydują się na tego typu zorganizowane podróże!

Przeznaczamy cały dzień na zwiedzanie miasta, słynnego na całym świecie ze względu na znajdujący się w nim Taj Mahal. Do odjazdu pociągu mieliśmy ok.12 godzin, więc aby niczego nie ominąć wynajęliśmy taksówkarza (650 rupii) który obwiózł nas po całym mieście, prezentując i omawiając co ciekawsze miejsca. Bagaże zostawiliśmy wcześniej w przechowalni na dworcu płacąc za dobę jedynie 0,60gr od sztuki! Mieliśmy spore obawy, czy jeszcze kiedykolwiek je zobaczymy… Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Red Fort. To dość słaba atrakcja turystyczna, nie polecamy zwłaszcza po uprzednim oglądnięciu Amber Fortu. W dodatku te zdziwaczałe przepisy – na teren fortu nie można wnosić jedzenia, komputerów, telefonów, zapałek i papierosów!

W przypadku Taj Mahal, który odwiedziliśmy chwię później, tę listę dodatkowo rozszerzono o alkohol i zabawki! Z ochroną nie warto zadzierać – tutaj każdy securitas, bez wględu na to czy pilnuje banku, obiektu turystycznego, czy choćby nawet budki z szaszłykami – jest uzbrojony w metrową, dwutorową strzelbę. To dobre rozwiązanie, gdyż zdecydowanie podnosi nasze poczucie bezpieczeństwa, zwłaszcza w miejscach gdzie obraca się większymi pieniędzmi. Do Taj Mahal dotarliśmy na chwilę przed 17. Budynek ten ponoć najpiękniej wygląda o świcie, oraz późnym popołudniem – o zachodzie słońca. Faktycznie Taj Mahal to piękne dzieło architektoniczne. Ta budowla konstruowana w sumie 12 lat, stworzona została z marmuru, wykonana ogromnym nakładem pracy i niepoliczalną ilością ówczesnych pieniędzy. Budzące podziw mauzoleum, w środku jest jednk trochę surowe. Większość czasu spędzamy na podziwianiu budynku, oglądając go wnikliwie z zewnątrz. Mimo jego absolutnej symetryczności, gra świateł zachodzącego słońca powodowała wrażenie, że każda strona wyglądała zupełnie inaczej.

Mając jeszcze sporo czasu do odjazdu pociągu, poprosiliśmy naszego taksówkarza o podwiezienie nas do handlowej części miasta. W tym miejscu Agra – ku naszemu zdziwieniu – okazała się najbardziej cywilizowanym miejscem, jakie dotychczas widzieliśmy w Indich! Normalne sklepy, ceny na towarach, chodniki i kosze na śmieci – prawie Europa! Niestety kilkaset metrów dalej wszystko wraca do indyjskich standardów.. Przed północą znaleźliśmy się w pociągu relacji Agra – Varanasi. Odpowiednio ubrani, zabezpieczeni przed komarami, zajmujemy prycze, odstępując dziewczynom miejsca na samej górze. Sleppery są rewelacyjne – wyspaliśmy się jak nigdy wcześniej!

Pierwszy dzień w Varanasi (i prawdopodobnie również drugi) przeznaczamy na regenerację po 32 intensywnie spędzonych godzinach. Czas na relaks.

Jak zawsze – duza porcja fotek na naszej galerii internetowej!

Jaipur jest na naszej liście odwiedzonych miejsc zdecydowanie numerem pierwszym! To miasto lepiej zorganizowane niż Delhi, jest tu również dużo spokojniej niż w stolicy. Dopiero tutaj udało nam się poczuć klimat prawdziwych Indii. Gdyby nie wszędobylskie tuk-tuki i duża ilość samochodów (marki TATA, a jakże!), możnaby stwierdzić, że miasto zatrzymało się w rozwoju kilkaset lat temu. Spotkaliśmy tutaj prawdziwego Mojżesza! Był prawdopodobnie Kurdem. Przyodziany w swe lniane szaty, uzbrojony w inkrustowaną złotem drewnianą, zakręconą ku górze laskę, sprawiał absolutnie niezwykłe wrażenie!

Godzina 13.00 start – za 150 pieniążków (9zł) przejechaliśmy 15 km odcinek, docierając do Fortu Amber. Na miejscu niestety okazało się, że ze względu na zbyt wysoką temperaturę (ok 30 celcjuszów), przejażdżki na słoniach zostały wstrzymane do godz. 16. Czyżby słonie indyjskie były mniej odporne na wysokie temperatury od tych afrykańskich? Nic to, decydujemy się na spacer pieszo. W sumie to nawet lepiej bo jak sie okazało odcinek drogi do przejscia był bardzo krótki i nie wart zapłacenia 550 INR/peson. Po 5 minutach przeprawy w palącym słońcu, jesteśmy już w środku, jeszcze tylko wizyta w kasie, i zakup biletów. Wybierając opcję zwiedzania bez przewodnika (bo drogo i nie warto), odwiedziliśmy każdy, dostępny dla turystów, fragment twierdzy. Amber, to potężna forteca licząca sobie około 500-lat, otoczona na odcinku kilkudziesięciu kilometrów murem obronnym, który później również postanowiliśmy odwiedzić. Pierwsze spojrzenie na ów mur, nasuwa skojarzenie „Wielki Mur Chiński”. Wygląda na to, że całość jest dostępna dla turystów, choć nie mówi o tym żaden znany nam przewodnik. Mało tego – przypadkowo napotkany strażnik oznajmił że tam wogóle nie można wejść… Oczywiście nie miał racji! Ciężkie podejście po schodach niemal 50-centymetrowej wysokości, 30 minut męczarni, lecz naprawdę było warto! Z góry rozpościera się widok na całą okolicę, a sam Amber Fort już nie sprawia wrażenia potężnej twierdzy, a jedynie rozległego budynku ulokowanego gdzieś poniżej w oddali.

Po powrocie oddaliśmy się zakupowemu szaleństwu, wydając na głupoty kilka tysięcy rupii. Oczywiście jak to zawsze na bazarach bywa, omamieni niezwykle niskimi cenami, zakupiliśmy całą masę rzeczy kompetnie niepotrzebnych, w zbyt małych rozmiarach, lub… O, i tu mała dygresja – Hindusi to okropne brudasy! Oszczędzimy Wam opisu dot. sposobu i miejsc wykonywania przez nich czynności fizjologicznych. Nie wspomnimy również o unoszących się w powietrzu zapachach, potęgowanych przez panujący tu upał… Co robią, gdzie robią, jak robią i czym się podcierają – opowiemy osobiście, po przyjeździe;) Wracając do tematu – trzeba szalenie uważać na zakupy w przyulicznych bazarach. Zdarzyło mi się bowiem (Łukasz) że zakupione spodnie miały wewnątrz mały, brązowy bonus… W hotelu krótka rewia mody i dobranoc!

Kumulacja zmęczenia dopadła nas wszystkich po 36 nieprzespanych godzinach pełnej aktywności. Wcześniej jedynie w pociągu udało się uciąć krótką drzemkę. Co do koleji indyjskiej – około 300-kilometrowy odcinek pokonaliśmy w najgorszej klasie – 2S, czyli second sitting (klasa druga ‚siedzeniowa’). Nastawialiśmy się na podróż w wagonie towarowym, byliśmy przygotowani na ścisk i konieczność współdzielenia miejsc z bydłem (dosłownie i w przenośni). Jednak nie – okazało się, że 2S to rewelacja! Wygody jakich PKP nawet nie ma:) Klasa 2S jest przekonfigurowanym slipperem, czyli wagonem sypialnianym w którym złożone zostały kuszetki. Podróż minęła na konwersacji z Hindusami, podziwianiu fascynujących widoków za oknem, a także na chwytaniu choćby kilkunastominutowych drzemek. 6-godzinny przejazd zakończył się na stacji Jaipur Junction, skąd taxi zabrała nas do ulokowanego 1 km dalej hotelu. Krótka chwila odpoczynku i o 14.00 start – samochodem wynajętym za jedyne 500 rupii (30zł) wyruszyliśmy na wycieczkę objazdową po mieście. Wybraliśmy tę opcję, gdyż poruszanie się pieszo w upale 32 stopnie raczej byłoby zbyt męczące. Pierwszym punktem naszej wycieczki było Pink City. To robiąca niezwykłe wrażenie dzielnica, w której wszystkie budynki zostały przemalowane na kolor różowy. Jaipurczycy mają prawny nakaz utrzymywania tej jednokolorowej tradycji, miasto narzuciło bowiem obowiązek malowania przyulicznych domostw na tenże kolor. W przypadku niedostosowania się do wymogów lokalnego prawa, właściciel otrzymuje wysoką grzywnę, a budynek przymusowo przemalowywany zostaje na jego koszt.





Tego dnia zwiedziliśmy jeszcze mnóstwo miejsc, jednk zdecydowanie numerem 1. była Monkey Temple – Świątynia Małp. Byliśmy tam dopiero po południu, więc całe stado małp liczące około 200 osobników miało aktualnie siestę (budzą się dopiero po 18), lecz i tak szczęśliwie trafialiśmy kilkukrotnie na ich mniejsze grupki. W drodze świątynii towarzyszyli nam nasi mali „protektorzy” – dzieciaki, które prowadziły nas do celu i opędzały od mapłek, gdy tylko robiło się zbyt duże zamieszanie.

Zbłąkany turysta trafi prędzej czy później, świadomie lub zupełnie przez przypadek (jak my!) do insytucji noszącej nazwę „agencja turystyczna”, których w mieście jest całe mnóstwo. Bez względu na to, czy będzie mieć do czynienia z prywatnym biurem, czy rządowym „delhi tourist office”, ich otwartość i chęc niesienia pomocy zawsze nastawiona jest na maksymalizację zysków. Pominę w tym miejscu samą rezerwację hotelu, bo to oczywista sprawa że zarabiają na pośrednictwie. Dużym plusem jest to, że agencja udostępnia samochód z kierowcą i prezentuje kilka interesujących opcji z danego przedziału cenowego. Za taką usługę warto zapłacić parę dolarów więcej i przekonać się osobiście, czy hotel spełnia wszelkie wymogi oraz czy jego stan wizualny jest zgodny ze zdjęciami zamieszczonymi w Internecie.

Na tym kończą się pozytywne strony agencji turystycznych. Sytuacja komplikuje się w momencie gdy pada niewinne pytanie: „-skąd jesteście?”, wtedy wiadomo, że kolejnym zapytaniem będzie: „-co zamierzacie robić, jakie macie plany?”. Następnie agent oferuje całą masę różnych wycieczek, zbieżnych mniej lub bardziej ze wstępnymi planami podróżnika. Opcja zazwyczaj zawiera w sobie wynajem samochodu z kierowcą, organizację hoteli na trasie przejazdu, przewodnika na cały czas trwania wycieczki, oraz całą masę dodatkowych atrakcji. Zapewne niejeden turysta skorzysta z tej opcji full-service all inclusive, jedak dla nas to kompletny absurd. Dlaczego mamy płacić komuś przykładowo za organizację transportu na trasie Delhi-Jaipur-Agra aż 200$, skoro sami wykupujemy cały przejazd za łączną kwotę niespełna 20$ !!?!?! Agenci próbując odwieźć nas od podróży na własną rękę, wmawiają że pociągi nie jeżdżą na danej trasie, że nie ma już możliwości kupa biletu bo są święta i dużo ludzi podróżuje, że nawet jeśli się nam uda, to będziemy się gnieźć w wagonie bez krzeseł i miejscówek… Oszuści i wyłudzacze! W jednym biurze udowodniliśmy agentowi, że mamy możliwość kupna biletu na pociąg do Jaipur (on jej oczywiście nie miał), w innym że ISTNIEJE połączenie kolejowe Varanasi – Gorakhpur, na które w dodatku mamy bilety (twierdził że nie istnieje i że zna rozkłady na pamięć bo pracuje w turystyce od 20 lat). Kolejny znawca tematu usiłował odbudować nasz doskonały plan wycieczki według swoich założeń i muszę przyznać że prawie mu się to udało, lecz musiał „obciąć” pół Nepalu, bo się nie zmieścił w terminach…

Pod kątem wyciągania pieniędzy Hindusi są okropni, przykład:
- Kup pan okulary za 1000 rupii.
- NIE.
- Dobra to daj chociaż 100 (6zł!)
Aż strach pomyśleć ile okularów za 1000 już sprzedał!

Nie. Wielka porażka! Holi w Delhi nijak niestety nie zbiegło się z naszymi wyobrażeniami dotyczącymi tego święta. Być może obchodzi się je hucznie i kolorowo w innych, mniejszych miastach, ale zdecydowanie nie tutaj. Dowiedzieliśmy się od Hindusów, że najpopularniejszym miejscem celebracji tego święta jest India Gate. Jeszcze przed godziną 16.00, uzbrojeni w kolorowe barwniki i baloniki z wodą, przebrani w ciuchy specjalnie zakupione na tę okazję, wyruszyliśmy na pole bitwy. Wstępnie wysmarowaliśmy się farbą, z nadzieją że zostaniemy dobarwieni na miejscu. A tam… zbiorowisko spacerowiczów, turystów… My wyglądaliśmy do tego stopnia dziwnie, że Hindusi robili sobie z nami zdjęcia, no coś podobnego!;) Uzyskaliśmy informację, że „impreza” miała rozpocząć się ok. godziny 18. Czekaliśmy do 20.00, a tu nic… Zawiedzieni wróciliśmy rikszą do hotelu, gdzie czekało nas kolejne rozczarowanie. Manager hotelu zwrócił się do nas z żądaniem uregulowania płatności za pobyt w hotelu. No dobrze – mówimy – ale przecież dokonaliśmy płatności przez stronę internetową agoda.com. Nic to, nadal żądają zapłaty gotówką. Przecież nie będziemy płacić podwójnie! Konieczna była interwencja tajskiego biura podróży, finalnie sytuacja została załagodzona dopiero po ponad godzinnej pertraktacji na linii MY – lokalna agencja turystyczna – hotel – infolinia agoda.com. Sukces, nie wyrzucili nas z hotelu!

Nie idziemy już spać, gdyż za niecałą godzinę (3.00 AM czasu lokalnego) wyjeżdżamy pociągiem do Jaipur, gdzie spędzimy najbliższe dwa dni. Powoli żegnamy Delhi, do którego wrócimy 15 marca. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że jesteśmy na wakacjach już – cytując Grzegorza – „sakramencko dłuuuugo”. Wtedy dotarło do nas że minęło zaledwie 5 dni, a tyle się przez ten czas wydarzyło! Podsumowywując nasz krótki, ale intensywny pobyt w Delhi, dochodzimy do wniosku, że to miasto totalnie wymyka się spod kontroli, tutaj niczego nie można przewidzieć. Jest nie do okiełznania, w przeciwieństwie do tajskiej krainy łagodności i uśmiechu znanej nam jako metropolia o nazwie Bangkok ;)

Dzisiejszy dzień spędziliśmy na poznaniu kolejnego oblicza Delhi. 800 rupii indyjskich (50 zł) to koszt wynajęcia samochodu z kierowcą na cały dzień – skorzystaliśmy z tej opcji, dzięki czemu w stosunkowo krótkim czasie udało nam się odwiedzić wiele ciekawych miejsc. Podróż zaczęliśmy około godziny 11, zwiedzając kolejno:

1. India Gate – Brama Indii

2. Pałac prezydencki

3. Muzeum Gandhiego

4. Humayun’s Tomb

5. Świątynia Lotosu

6. Birla Mandir

Powyższych miejsc opisywać nie będziemy – szczegółowe informacje znajdują się w każdym przewodniku turystycznym.

Kuchnia indyjska nadal nie daje nam szansy się poznać i posmakować. Mimo szczerych chęci i usilnych poszukiwań, napotykamy jedynie na ziemniaki, kalafior czy np. placki szpinakowe smażone na głębokim oleju. Owszem, smakują całkiem nieźle, ale nadają się jedynie jako przekąska, nie jako główne danie.

U nas aktualnie trwają przygotowania do jednego z ważniejszych indyjskich świąt narodowych – Holi. Farby i ubrania już zakupione, aparat zabezpieczony, a nasze myśli pozytywnie zakręcone. Najprawdopodobniej nie wyobrażamy sobie jeszcze skali jutrzejszego wydarzenia, dziś na wszystkich 68 kanałach TV indyjskiej nadawane są transmisje z większych miast, pokazujące kolorową zabawę hindusów z przedednia właściwego święta, czyli z tzw. Small Holi. Liczymy na wspaniałą, radosną zabawę!


Późnym popołudniem, o godzinie 16.15 pożegnaliśmy Moskwę, mając niestety w świadomości fakt, że za kilkanaście dni będziemy musieli tu wrócić.. Na pokładzie Boeginga 767-300 linii Aeroflot, przy prędkości dochodzącej do ok. 900km/h pokonaliśmy odcinek Moskwa – Delhi w nieco ponad 5h 40min. Co trzeba przyznać – byliśmy w trakcie lotu obsługiwani na bardzo dobrym poziomie, przysługiwał nam obiad (kurczak z ryżem) deser i kilka innych dodatków. Wynika to z faktu, że Aeroflot to nie LCC (Low Cost Coacher – tani przewoźnik), tylko regularna linia lotnicza świadcząca usługi na „normalnym” poziomie, a nie tym znanym nam z Ryanair’ów czy innych Wizz’ów.

Około godziny 1 AM czasu lokalnego (20.30 czasu poskiego) wylądowaliśmy w Delhi. Postępując według instrukcji zaprzyjaźnionego w samolocie Hindusa, wykupiliśmy pre-paid taxi do zarezerwowanego przez Internet hotelu. Ruch uliczny, mimo późnej godziny był dość spory – jednak daleko mu do natężenia znanego nam z Hanoi (Wietnam). Jeszcze przed wylotem przeglądneliśmy listę kikunastu hoteli spełniających nasze wysokie wymagania. Wśród kryteriów wyboru były między innymi: lokalizacja, klimatyzacja, dostęp do Internetu, cena i ogólny wygląd zarówno hotelu, jak i (a właściwie przede wszystkim) pokoi. Nasz wybór padł na hotel Kaliash Regency – który jak okazało się po przyjeździe – był kompletną pomyłką! Na dobry początek karaluch przywitał Sylwię w łazience, pościel od dawna nawet nie miała okazji leżeć koło pralki, hotelowe ręczniki rówież nie były pierwszej świeżości. Szybko podjęliśmy decyzję o zmianie hotelu, jednak z działaniem musieliśmy poczekać do rana…

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od poszukiwań nowego lokum, sukces odnieśliśmy już po kilku godzinach, ostatecznie jesteśmy bardzo zadowoleni z zaistniałej zmiany. Sobotnie popołudnie było pierwszym kontaktem ze stolicą subkontynynentu indyjskiego. Ekspresja wrażeń w kilku słowach: chaos, szaleństwo, pośpiech, brud, kontrast, bieda, ubóstwo. Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do znajdująciej się nieopodal naszego nowego hotelu świątyni bóstwa Hanuman, gdzie zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci i oprowadzeni po zakamarkach obiektu. Tam również poprzez naznaczenie kropką bindi na czole i po krótkiej modlitwie w języku hindi otrzymaliśmy błogosławieństwo opiekuńczego bóstwa. Nadszedł czas na szybkie zakupy pączone z kosztowaniem ulicznej kuchni indyjskiej – kolejnym celem naszej dzisiejszej przeprawy była ulica Main Bazaar Street (jej nazwa jest dość wymowna). Chwilę odpoczynku miał nam zapewnić wieczorny spacer po pachnącym kwiatami Central Parku. Jeszcze wtedy nie mogliśmy przypuszczać, że nasz spokój zakłóci wszechobecna hinduska nahalność! Just look niespodziewanie zamieniło się na żądanie zapłaty w wysokości po 1000 rupii indyjskich (60zł) za… zszycie, wyczyszczenie i napastowanie buta. Za 1/10 tej ceny można kupić tutaj nowiutkie skórzane sandały! Szczęśliwie długie i nerwowe negocjacje zakończyły się na kwocie po 150 INR za parę butów. Jednk niesmak pozostał..

O wizycie w McDonalds’ie nie wspominamy – bo nie wypada ;) Wieczorem szybki powrót metrem do hotelu, gdzie według wskazań i zaleceń lekarskich, odkażamy nasze „żołądki” ;)

Ze wzgędu na „kijowy” dostęp do Internetu, piszemy z jednodniowym opóźnieniem…

Podobne twarze, język do dogadania, pogoda jak u nas – i gdyby nie wszechobecna cyrylica, moglibyśmy zapomnieć że jesteśmy kilkaset kilometrów od domu. Miasto ogólnie rzecz biorąc ładne, lecz przyjemność zwiedzania umniejszała nam nienajlepsza pogoda i przeszywające zimno. Jakkolwiek w dniu dzisiejszym pokonaliśmy pieszo dystans 15km, zaliczając przy tym listę najważniejszych punktów na turystycznej mapie stolicy.

Kijów jest miastem relatywnie drogim. Ceny noclegów i przejazdów taxi są dość wysokie (kurs kilka przecznic ok.5minut = 40zł), artykuły spożywcze są zdecydowanie droższe niż u nas. W podobnych cenach jest paliwo i McDonald’s. Bardzo tania jest natomiast komunikacja publiczna: bilet na autobus to koszt jednej złotówki, metro 75 groszy. Co do metra – JEST, i właściwie to jedyny jego plus. Nie zapewnia luksusu, nie zachęca do podróży, w dodatku informacja o trasie połączeń jest żadna..

Wczoraj godnie reprezentowaliśmy nasz kraj, występując w roli delegatów na zaprzysiężeniu prezydenta Janukovića. Zamieszanie związane z tym faktem było ogromne – na każdym większym skrzyżowaniu policja kierowała ruchem, dziesiątki wozów policyjnych i samochodów służb specjalnych przemieszczały się po mieście. Praktyczne wszędzie można było spotkać uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy, szczególnie w „politycznych” miejscach. Nam jednak udało się sforsować ochronę – dostaliśmy się pod same drzwi Pałacu Prezydenckiego!

Aktualnie znajdujemy się na lotnisku w Moskwie. Takich osłów na kontroli celnej nie spotkaliśmy na żadnym lotnisku, nigdzie na świecie! Nasze ukochane travelki 100ml w ilości sztuk 5 (!) wylądowały w śmietniku. Niegdyś przeleciały całą Europę i odwiedziły południową Azję, jeszcze wczoraj były z nami w Kijowie, a dziś ich przygoda się zakończyła.. Argument: „alkoholićki napitku możete kupic se na djuti frii” – tak, jaaasne, bo akurat będą mieć w sprzedaży Żołądkówke.. Dobili nas na dzień dobry. Wierzymy że Delhi, do którego dotrzemy dziś około północy, okaże się dla nas bardziej przyjazną stolicą, od tej bolszewickiej, postsocjalistycznej, rządzącej się swoimi prawami Москвy..

Szybka odprawa, krótki lot, i po 85 minutach pierwsze lądowanie. Kijów, stolica Ukrainy – to punkt startowy naszego wycieczkowego planu. Dzień naszej pierwszej wizyty w tym mieście, zbiegł się z ważnym dla Ukraińców wydarzeniem – zaprzysiężeniem prezydenta Janukovića. Pierwszy kontakt z miastem utwierdził nas w przekonaniu, że nasi sąsiedzi są lepiej przygotowani do Euro 2012 niż my, przynajmniej w kontekście infrastruktury drogowej. Jutro zweryfikujemy dalsze ich poczynania w tym temacie.

Co do warunków ubytowania – nasza kwartira jest ocień haroszaja. Na wyposażeniu mikrofala, żelazko, pralka, ale i tak największą frajdę sprawiła nam dwukondygnacyjna konstrukcja naszego apartamentu – absolutna rzadkość!

Aktualnie na Ukrainie obowiązuje czas letni.

Wyjeżdżamy na lotnisko za kwadrans, a jesteśmy w totalnej rozsypce! Ze względu na maksymalnie napięty harmonogram, dzisiejszy post będzie dość krótki.. Z najważniejszych informacji: wylot o godzinie 21.20 z lotniska Katowice – Pyrzowice. Do napisania z ..Kijowa!

Tradycyjnie pierwszym wpisem na blogu jest mapa prezentująca plan lotów najbliższej wycieczki. W tym przypadku na szczególną uwagę zasługuje fakt kłopotliwej zmiany lotniska przylotu / odlotu w Kijowie, oraz lot powrotny z Kathmandu do Delhi. Szacunkowo nasza trasa przelotu liczyć będzie około 13.000 km. Wszystko, co pięknie wygląda na teoretycznych rozpiskach przedwycieczkowych, może niespodziewanie zmienić swój bieg, zważywszy na fakt, iż Indie są krajem kompletnie nieprzewidywalnym.. Logistycznie jesteśmy jednak dobrze przygotowani, wierzymy w pełne powodzenie naszego planu :)

Autorski design opracowany na bazie Devolux devolux.org