NaszaWycieczka.com | fotorelacja z podróży

mar/10

10

Ostatnia przeprawa

Ostatni dzień pobytu w Varanasi spędziliśmy dość aktywnie, objeżdżając całe miasto wzdłuż i wszerz. Umówionym dzień wcześniej tuk-tukiem przejechaliśmy łącznie kilkadziesiąt kilometrów, płacąc jedyne 500 rupii za wykonaną usługę.

Zwiedzanie miasta zakończyliśmy przed 20.00, a że do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze dużo czasu – wybraliśmy się do kina! W Indiach odbywa się premiera średnio 3 filmów dziennie, postanowiliśmy zobaczyć od wewnątrz choćby fragment tej potężnej kinematografii, wybór padł na pierwszy-lepszy film: Atithi Tum Kab Joage. Planowaliśmy obejrzeć najnowszy hit bollywoodzki – „My name is Khan”, niestety godzina seansu kolidowała z naszymi planami. Chyba nie musimy wspominać, że film w całości zrealizowany został w języku hindi, a nasza nadzieja na angielskie napisy spełzła na niczym. Śmialiśmy się w momentach, w których śmiali się inni udając zrozumienie dialogów;) 2-godzinny seans zakończyliśmy dopowiadając sobie wzajemnie sens filmu i wyjaśniając ewentualne niejasności.

Rozkład hinduskiego PKP zakładał start naszego pociągu relacji Varanasi – Gorakhpur na godzinę 00:30. Pociąg niestety nie pojawił się na stacji! Pierwszy komunikat: pociąg jest opóźniony, wjedzie na peron pierwszy z 20-minutywym opóźnieniem. Czekamy, czekamy… Kolejne komunikaty informują co pół godziny o przedłużającym się opóźnieniu. Zmęczeni wyczekujemy na pociąg, powoli tracąc nadzieję na dojechanie do Nepalu w planowanym czasie. Większe opóźnienie mogłoby zmusić nas do spędzenia nocy w Sonauli na granicy Indyjsko-Nepalskiej, gdyż ta zamykana jest o godzinie 18.00! Szczęśliwie pociąg dotarł, ale z 3 godzinnym opóźnieniem. Ten odcinek zdecydowaliśmy się przejechać w klasie trzeciej, w wagonie klimatyzowanym. Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie! Klasa 3AC – bo tak się nazywa – to sleeper w lepszym wydaniu, z tą tylko różnicą, że: wszystko jest czyste i nie śmierdzi, obsługa zapewnia nam świeżą poszewkę, koc i ręcznik, kuszetki i przedziały mają zasłonki, wagon jest zamknięty i przebywają tu „normalni” ludzie.

Noc przespana, jak nigdy dotąd!

Z 2-godzinnym opóźnieniem dojechaliśmy do stacji docelowej – Gorakhpur. Wychodząc z dworca nie sposób przebić się przez stado przewożników, wszyscy przekrzykują się jeden przez drugiego, z każdą minutą oferując coraz to niższe ceny. W pewnym momencie omal nie doszło do bójki pomiędzy dwoma kierowcami – pokłócili się oczywiście o nas. Ostatecznie wynajmujemy całego jeepa, który za 700 rupii zawozi nas do granicy. Tańszym rozwiązaniem (100 rupii/osoba) byłoby współdzielenie jeepa na 12 osób (!), lecz wiązałoby się to z niemożliwym do zniesienia ściskiem i koniecznością umieszczenia naszych bagaży na dachu samochodu – a to nas już zupełnie odstraszyło.

Na granicy byliśmy około południa. Uzupełnienie wniosków wizowych i kart wyjścia – wejścia, oraz uiszczenie opłaty (25$) za wydanie 2-tygodniowej wizy, to standardowe procedury których dopełnienie zajęło nam około pół godziny.



Przejście graniczne wygląda dość specyficznie, można nie zauważyć, w którym miejscu kończą się Indie, a zaczyna Nepal. Pozornie wydawać by się mogło, że formalnie granica nie istnieje, a brama do Nepalu pełni jedynie funkcję informacyjną. Przepływ ludzi jest tutaj dość swobodny, jednak nieposiadanie wizy w paszporcie mogłoby się w przypadku kontroli skończyć nieciekawie.

Po pierwszych przebytych metrach strony nepalskiej, można było zaobserwować inne rysy twarzy (migdałowe oczka), inny ubiór (czapki, zimowe kurtki) oraz większy porządek na ulicach (kosze na śmieci). Rozpoczynamy poszukiwania transportu do Pokhary. Mamy do pokonania ponad 250km, a do wyboru dwie możliwości: wynająć samochód za 6000 rupii nepalskich (4000 indyjskich) którym przejazd ma trwać około 6 godzin lub całonocna tułaczka (14h) marnej klasy autobusem (350 INR). Przyzwyczajeni przez Hindusów do konieczności negocjacji cen, przystępujemy do dzieła -odnosząc wątły sukces. Dopiero po 2 godzinnych poszukiwaniach optymalnej opcji, zostaliśmy poinformowani, że w kulturze nepalskiej nie ma zwyczaju targowania się. Ostatecznie samochodem wynajętym w agencji turystycznej wyruszamy w drogę.

Wydawało nam się, że cena jaką uzyskaliśmy jest mocno zawyżona, jednak już po 30 minutach jazdy, gdy tylko wjechaliśmy w piękny krajobrazowo, ale trudny, górzysty teren u podnórza Himalajów, dotarło do nas, że cena 5500 rupii nepalskich (220zł) jest całkiem OK. W agencji prowadziliśmy rozmowy po angielsku, niestety kierowca który wyruszył z nami w podróż znał tylko kilka angielskich słów- yes, yes!, yes?. Pięciogodzinna jazda okazała się ciężką przeprawą. Kręte drogi, urwiska i bezdroża, momentami brak asfaltu, pokonywaliśmy przy średniej prędkości około 40km/h.

Zgodnie z planem dotarliśmy do Pokhary po godzinie 20. Zaskoczył nas fakt, że tak duże miasto liczące 180 tysięcy mieszkańców, całe pogrążone jest w ciemnościach. Potwornie wygłodzeni i spragnieni zatrzymaliśmy się w przydrożnym sklepie, gdzie przy świetle świec zakupiliśmy niezbędne produkty na kolację. W przeciwieństwie do Indii, tutaj praktycznie na każdym kroku SĄ sklepy z podstawowymi artykułami spożywczymi. Do zarezerwowanego dzień wcześniej hotelu pozostało nam jedynie 18 kilometrów, jednak mina naszego kierowcy zdradzała nam, że kompletnie nie ma pojęcia jak dotrzeć do celu. Mimo kilkukrotnych konsultacji z miejscowymi, nie mieliśmy pewności, że jedziemy we właściwym kierunku. W momencie gdy asfalt się skończył, a zaczęła się wyboista, stroma i w dodatku kręta droga na której zalegały ogromne głazy – kompletnie zwątpiliśmy, tracąc nadzieję na noc przespaną w hotelu. Po przejechaniu kilku kilometrów, kolejne wzniesienie okazało się zbyt dużym wyzwaniem dla małego Suzuki Marutti. Utknęliśmy. Przed nami góra, za nami nepalskie ciemności… Sytuacja beznadziejna! Zmęczeni, przestraszeni i mocno poirytowani całym zajściem, byliśmy gotowi na poszukiwanie nowego noclegu. Na domiar złego z oddali dobiegały do nas głosy dwóch pijanych mężczyzn zbliżających się w kierunku naszego samochodu. Miękkim angielskim zaproponowali pomoc, bo jak się okazało mieszkają w sąsiedztwie naszego guest hausu. Nieufnie wyszliśmy z auta, wyciągneliśmy bagaże i ruszyliśmy na piechotę w nieznane. Krótka wspinaczka przy świetle latarki i po 15 minutach docieramy na wzgórze Sarangkot. Szczęśliwi lokujemy się w pokojach, naszych pozytywnych nastrojów nie psuje nam tego wieczoru nawet zimny prysznic.

——————————————————————

Dopiero o poranku dociera do nas świadomość, gdzie się właściwie znaleźliśmy. Sarangkot to jedno z najpiękniejszych miejsc widokowych w tej części Himalajów, to właśnie tutaj planowaliśmy jednodniowy trekking z Pokhary. Lepiej być już nie mogło, gdyż nasz hotelik ulokowany jest zaledwie 160 metrów od punktu widokowego! Niestety w pierwszy poranek odsypialiśmy kilkonastogodzinna podróż, dlatego wybraliśmy się tylko na 2 godzinny, popołudniowy spacer po wzgórzach w najbliższej okolicy. Dzisiaj (środa) ustawiliśmy budziki na 5.40 i dotarliśmy na viewpoint kilka minut przed rozpoczęciem świetlnego spektaklu. Fantastyczna sprawa, zobaczyć wschód słońca na dachu świata! Promienie odkrywały przed nami szczyty kolejnych ośmiotysięczników, warto było tu przyjechać dla tych kilku chwil! CUDOWNY WIDOK!!

RSS Feed

9 komentarzy do Ostatnia przeprawa

piotrek | 10 marca 2010 o godzinie 17:31

nawet nie wiem czy chce to komentować… :P

owca | 10 marca 2010 o godzinie 19:30

idzcie w kierunku Annapurny tam właśnie wyrusza Barańska nic tu po słowach jesteście w cudownym miejscu

Jaśko | 10 marca 2010 o godzinie 19:32

Zbyt mało zdjęć GÓR!!!!!!!!!!!!!!!!

Byli | 10 marca 2010 o godzinie 20:12

uuuuuu Szacuneczek:)

półfrancuski śledzik | 11 marca 2010 o godzinie 06:58

jakieś wzniesienia widzę za wami, cuś jakby w Myślenicach, w każdym razie podobne jest;))) acha, a jakieś dresy niedroge to tam kupi? bo Mundek szuka

hajdi | 11 marca 2010 o godzinie 09:13

dla tych gór to bym się chyba pociąć dał :)dobrze ze mnie tam nie ma pewnie zostałbym już na stale :D

Author comment by lookee | 11 marca 2010 o godzinie 13:24

więcej zdjęć gór znajdziecie w galerii nr.3.
http://picasaweb.google.pl/ciecielowski/IndieNepal3

ekipa pozdrawia z Pokhary!

Anek:) | 11 marca 2010 o godzinie 14:34

Hej Traniku niestety dopiero dziś jestem w stanie obejrzeć zdjęcia… i jak zwykle żałuję ze mnie tam nie ma choć niektóre sceny są nie tyle piękne, co po prostu interesujące wrecz intrygujące:) trzymaj sie tam ciepło bo u nas znów nawrot zimy no i oczywiście nie zapomnij przywieźć jakiegosz sala hahaha bo wkrakowie wszystkie sklepy indyjskie po wyprzedaży i nie ma w czym wybierac:( hahaha buźka i pozdrowienia dla was wszystkich szczególnie dla organizatorów wyprawy:****

Anek:) | 11 marca 2010 o godzinie 15:59

po obejrzeniu już wszystkich zdjęć zdecydowanie jeśli bedziesz jeszcze w okolicy przywieź szeroki szal prosze:) nawet Ci za niego fortune zapłace koniecznie jesienna zieleń! buzka pozdrowienia:)

Skomentuj!

*

<<

>>

Autorski design opracowany na bazie Devolux devolux.org