NaszaWycieczka.com | fotorelacja z podróży

Nasz 2,5 godzinny lot do Hanoi, wydłużył się w locie o dodatkową godzinę – koleja zmiana strefy czasowej. Po wylądowaniu byliśmy przygotowani na standardową procedurę, czyli sprawdzenie wizy i paszportów, oddanie formularza deklaracji celnej, odbiór bagażu i kontrolę bezpieczeństwa. Coś jednak poszło nie tak – nie spodobaliśmy się celnikom i nas zawrócili! Nie mieliśmy wbitej pieczątki na formularzu deklaracji celnej, a przy próbie jej uzyskania nikt nie potrafi nam pomóc i wytłumaczyć co jest źle. Tylko jeden celnik, z którym mieliśmy nieprzyjemność rozmawiać, znał angielski. Na krótkim przesłuchaniu pytano nas dlaczego tu przyjechaliśmy, co zamierzamy robić, ile mamy przy sobie pieniędzy w dongach lub innych walutach, oraz …zażądano okazania biletu na wylot z Wietnamu – szczęśliwie mieliśmy go przy sobie w wersji ‚papierowej’. W terminalu ‚arrivals’ przywitli nas wujek Paulinki – Hiep wraz z żoną, oraz kuzyn Hung. W drodze do Hanoi naszą uwagę zwrócił nieprawdopodobnie gęsty (ale stosunkowo szybki) ruch uliczny. W centrum miasta istny szał komunikacyjny! Ulice wyglądają tak, jakgdyby prawa drogowe wogóle nie istniały, a jedyną przestrzeganą regułą miałaby być jazda prawą stroną jezdni.

Zakwaterowaliśmy się w domu u wujostwa i już po kilku minutach odpoczynku zostaliśmy zaproszeni do wspólnej kolacji. W tym momencie rozpoczęła się prawdziwa podróż kulinarna po smakach dalekiego wschodu! Po posiłku Hiep oznajmił paniom, że teraz czas na męski wieczór – wówczas na placu boju została tylko trójka facetów (w tym ja) i z doskoku jeszcze jeden kuzyn – Huan. Jaś Wędrowiec pomógł nam się lepiej poznać i zdecydowanie poprawił w wymowie jakość języka angielskiego. Pierwszy dzień pobytu (a właściwie tylko wieczór) zakończył się nocną przejażdżką po mieście. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o tym, że jazda ‚na drugim gazie’ nie jest tu zakazana. Jeśli tylko czujesz się na siłach = możesz prowadzić samochód. Oczywiście nasz kierowca wiernie przestrzegał tej reguły:)
Kolejny dzień w Wietnamie zapowiadał się spokojnie, jednak później przybrał dużo szybszego tempa. Mieliśmy okazję zobaczyć dziś zabytkową część miasta, m.in. liczącą setki lat świątynię, oraz 1000-letni uniwersytet chiński. Po południu zwiedziliśmy Hanoi poruszając się po zatłoczonych ulicach rowerotaksówką, tzw. cyclo. To co widzieliśmy trudno opisać słowami, nawet zdjęcia w pełni nie oddadzą niepowtarzalnej atmosfery tego miejsca!

Wieczorem udaliśmy się w odwiedziny do babci Paulinki, jednak nie spodziewaliśmy się że na tę okazję zostanie urządzone wielkie spotkanie, na którym pojawi się prawie cała rodzina z Hanoi. Byliśmy zachwyceni zaradnością i poczuciem humoru 90-letniej babci, która jak na swój wiek ma się rewelacyjnie!

Bardzo trakcyjny dzień zakończył się wycieczką pod tytułem „Hanoi by Night” – Huan zabrał nas w kilka ciekawych i ważnych kulturowo oraz historycznie miejsc, następnie urządziliśmy sobie krótki clubbing, posłuchaliśmy dobrej muzyki na żywo, a na końcu zapełniliśmy brzuchy w jadłodajni zlokalizownej w dzielnicy chińskiej. Z ciekawostek kulinarnych, mieliśmy okazję wypróbować:
- świński mózg
- jelita różnych partii (mnie najbardziej smakowało cienkie, które po gotowaniu się kurczyło i obwodem ciasno obejmowało pałeczkę)
- krewetki i małże (super świeże, bo żywcem wrzucane do garnka!)
- dziwne grzybki wyglądające jak serowy makaron
- śmieszne mięso, które gotowało się tylko 10 sekund
Wszystko to gotowane na bieżąco – dostaliśmy świeże składniki i sami wrzucaliśmy je do gara.

Mógłbym długo pisać o potrawach, ale najwyższy czas kończyć – mamy tutaj godzinę 6 rano, za 2h wstajemy… Jutro fotorelacja z jednego z 7 najpiękniejszych miejsc na świecie – Halong Bay!

RSS Feed

1 komentarz do A w Wietnamie…

Anonymous | 10 listopada 2009 o godzinie 14:38

Laaal!!! A my siedzimy sobie w tym znanym nam jak juz jak wlasna kieszen Singapurze. Nie mozemy sie doczekac relacji na zywo- do zobaczenia w bangkoku juz w czaretek:-)
S. i G.

Skomentuj!

*

<<

>>

Autorski design opracowany na bazie Devolux devolux.org